Czego nie wiecie o Japonii

Kwiaty wiśni, marynarskie mundurki, selfies z palcami ułożonymi w „V”, papierowe ściany, tancerki w kolorowych kimonach, lisie maski, lampiony, zatłoczone ulice, czarki z herbatą, zawodnicy sumo, a wszystko to w stylistyce „uroczo do granic możliwości” – tak prezentowana jest Japonia w teledysku do utworu Makudonarudo, który promuje nadchodzące XXXII Letnie Igrzyska Olimpijskie.

 

Nagranie dotyczy funkcjonowania angielskich słów w języku japońskim, ale jednocześnie ukazuje też garść konotacji związanych z Krajem Kwitnącej Wiśni, oczywiście wyjaskrawionych i schematycznych. Japonia zaczyna konkurować ze Stanami Zjednoczonymi w kwestii wpływu na kulturę międzynarodową – prócz anime i technologii docierają do nas także filmy, książki, kosmetyki czy urokliwe postacie zdobiące akcesoria i gadżety. Przyjmujemy to wszystko często bezrefleksyjnie, jako ciekawe, zabawne i egzotyczne, nierzadko nieświadomi tego, z czym poszczególne stereotypy i wytwory popkultury mogą być kojarzone w samej Japonii. A te skojarzenia nie zawsze są pozytywne.

 

Obudzony przez broń jądrową

O Godzilli każdy słyszał, nawet jeśli nigdy nie widział niczego z jego udziałem. Jest to jeden z najszerzej znanych japońskich tworów, o którym od ponad sześćdziesięciu lat regularnie powstają kolejne produkcje. Zmieniają się rozmiary Godzilli, strony, po których staje, miasta, które odwiedza. Z założenia jednak nie miał on być tylko pionierem kina opartego na walce człowieka z potworem niszczącym metropolie. Pierwszy film „Gojira” z 1954 roku, wyprodukowany dziesięć lat po wojnie, bazował na dobrze znanych Japończykom obrazach katastrofy – wielkim trzęsieniu ziemi z 1923 roku, zbombardowanych miastach Hiroszimie i Nagasaki, przegranej Państw Osi, utracie statusu mocarstwa, amerykańskiej okupacji, kolejnych próbach nuklearnych. Trauma wywołana tymi wydarzeniami i obawy co do przyszłości zostały ukształtowane w postać wielkiego gada, który cały czas naprzemiennie odradza się i ginie, a za każdym razem budzi zarówno strach, jak i smutek. Jest symbolem problemu, którego się nie przepracowuje, tylko wypiera, strąca w podświadomość. Gdy umierał pierwszy Godzilla, nie było radości i wiwatów. Jedynie gorzka refleksja.

 

Czterdzieści cztery dni bólu

Japońskie horrory to też coś, co w jakiś sposób kojarzymy, w końcu Sadako (i późniejsza Samara) straszy kolejne pokolenia już od około dwudziestu lat. Popularnością cieszą się także produkowane w Japonii filmy gore – brutalna, pełna krwi i często ukazująca tortury odmiana kina grozy. Niewielu jednak słyszało o Junko Furucie, licealistce, której ostatnie półtora miesiąca życia wyglądało jak wprost wyciągnięte z tego typu obrazów. Jej tragedia zaczęła się w grudniu 1988 roku, po tym jak dziewczynę uprowadziło czworo rówieśników, i trwała czterdzieści cztery dni. Ostatecznie siedemnastolatka została spalona, a jej ciało zalane betonem. Prócz relacji z tego, co Junko przeżyła (nieprzywołanej, bo nie chodzi tu o epatowanie okrucieństwem, które przyprawia o mdłości nawet osoby żywo zainteresowane sprawami kryminalnymi), szokuje również fakt, że piekło na ziemi zgotowali jej nastolatkowie, a o jej przetrzymywaniu wiedziało około stu osób i nikt nie zdecydował się dziewczynie pomóc. Do dziś kontrowersje wzbudza także wyrok sądu. Wszyscy oprawcy Furuty są już bowiem od dawna na wolności.

 

Siedemdziesiąt godzin tygodniowo

Stereotypowy Japończyk jest pracowity, dokładny, obowiązkowy. Poważnie podchodzi do tego, czym się zajmuje, najczęściej widzimy go w garniturze lub stroju roboczym. Dzięki niemu jego ojczyzna ma status potęgi gospodarczej, wytwarzającej nowoczesne produkty wysokiej jakości. W tym schemacie bierze się pod uwagę to, że mieszkańcy Kraju Wschodzącego Słońca dużo pracują, ale mało kto zdaje sobie sprawę – ile. W bardzo dobrym tonie jest zostawanie po pracy – im więcej zrobi się nadgodzin, tym lepiej. W dodatku z szacunku do hierarchii w firmie nie wychodzi się z niej przed szefem. Wraz ze stanowiskiem rośnie presja zwiększania wydajności, a stres i wyczerpanie stają się codziennością. Karōshi, czyli śmierć z przepracowania, wynika zazwyczaj ze schorzeń układu sercowo-naczyniowego, których symptomy często są przez chorych ignorowane. Pierwszy jej przypadek odnotowano w 1969 roku, gdy dwudziestodziewięcioletni pracownik jednej z japońskich firm zmarł nagle na skutek udaru. Szacuje się również, że jedna trzecia samobójstw w Japonii to karōjisatsu – odbieranie sobie życia z powodu pracy, kiedy wycieńczone ciało i psychika zdają sobie sprawę, że wbrew słyszanym zewsząd okrzykom motywacyjnym nie dadzą dłużej rady.

 

Niewystarczająco japoński

Gdy zadane zostaje pytanie o azjatyckich pisarzy, zwykle pierwszym nazwiskiem, które pada, jest Haruki Murakami. Zdobył on międzynarodowe uznanie po publikacji w końcu lat osiemdziesiątych powieści Norwegian Wood i od tamtej pory każda kolejna jego książka wzbudza zainteresowanie czytelników na całym świecie. Zwolennicy cenią go za zrozumiały, prosty język oraz łączenie elementów codzienności z magią i oniryzmem. Jego bohaterowie czytają zagraniczne powieści, palą papierosy, słuchają jazzu i przy okazji obcują z jakimś rodzajem niesamowitości. Jednak przez krytyków w kraju ojczystym Murakami nie jest już tak entuzjastycznie przyjmowany. Negatywnie ocenia się jego odwołania do globalnej popkultury zamiast do japońskich tradycji i oskarża o tworzenie literatury komercyjnej, zamerykanizowanej, nastawionej na zachodniego odbiorcę, a przez to w formie i wymowie – „niejapońskiej”. Ma brakować w niej moralnego przekazu, poruszania ważnych problemów społecznych czy realnego obrazu samej Japonii. Uniwersalność, która zachwyca fanów pisarza, przez recenzentów odbierana jest jako wada. Woleliby, żeby proza Murakamiego była bardziej japońska.

 

Oczywiście to nie jest tak, że wszystkie japońskie firmy nie dbają o swoich pracowników, a każdy obywatel tego kraju wpada w zadumę na widok Godzilli czy plakatu filmu gore. Przywołane wydarzenia oraz zjawiska są mocno zgeneralizowane i mają jedynie zasygnalizować, że wszystko, nawet w kulturze masowej, ma swoją drugą, często ciemniejszą stronę.

Autor: Natalia Jaroszewicz

Studentka filologii polskiej. Amatorka miejskich dżungli i dobrej kawy.

Dodaj komentarz