Genewa po polsku. Motoryzacyjne cuda pod Warszawą

Ponad sto tysięcy odwiedzających, kilkudziesięciu wystawców, tysiąc samochodów i piękne hostessy. Tak w skrócie można opisać drugą edycje targów Warsaw Moto Show, które w przedostatni weekend listopada odbyły się w podwarszawskim Nadarzynie.

 

Nie mogłem uwierzyć, kiedy zobaczyłem, że cały prawoskręt z trasy S8 do centrum konferencyjnego Ptak Warsaw Expo zajmują samochody, prawdopodobnie zmierzające w tym samym kierunku, na tę samą imprezę. Pewność zyskałem, gdy wjechałem na parking wypełniony po brzegi, a nawet więcej, bo odważniejsi parkowali na trawie. Takich tłumów to miejsce chyba jeszcze nie gościło. Promocja samego wydarzenia prezentowała wysoki poziom: potężne billboardy w całej Warszawie, reklamy radiowe – nie dało się nie słyszeć lub nie zauważyć. Jednak nie w tym rzecz – chodzi o to, że ci wszyscy ludzie naprawdę, tak jak ja, przyjechali popatrzeć na zaparkowane pod dachem auta. Piękna sprawa. Było na czym zawiesić oko, bo nawet jeżeli komuś kawałek blachy na czterech kołach nie przypadł do gustu, mógł śledzić kawałek odkrytego ciała na dwóch nogach. Kiedy niedowierzanie minęło, skupiłem się na wartości tematycznej samej imprezy.

 

 

Organizatorzy przygotowali 4 ogólnopolskie premiery. Ferrari GTC4 Lusso i torowe Porsche 911 GT3 R to właściwie poziom marzeń, ale, schodząc na ziemię, można było po raz pierwszy przyjrzeć się nowemu Land Roverowi Discovery oraz Kii Rio. Wśród wystawców nie mogło zabraknąć oficjalnych stoisk salonowych; swoje nowości, ale także pozycje dobrze znane pokazały m.in. Mercedes, Volkswagen, Jaguar, Audi czy Infiniti. Trzy potężne hale wykorzystane do prezentacji aut zostały podzielone wieloma korytarzami, co potęgowało dezorientację, na szczęście przed każdym wejściem można było spokojnie rzucić okiem na harmonogram, nie zawsze jednak zgodny z prawdą, i wybrać coś według własnych zainteresowań. Na fanów czekały: strefa off-road, czyli duże koła i dużo błota, strefa zabytkowych motocykli, strefa kobiet motorsportu, gdzie można było spotkać m.in. Karolinę Pilarczyk („Królową Polskiego Driftu”) czy Gosię Rdest, która startuje w Audi Sport TT Cup (dziewczyny były chętne do rozmowy, a także do rozdawania autografów). Skoro już jesteśmy przy znanych i lubianych świata motoryzacji warto dodać, że gośćmi specjalnymi gali byli: Petter Solberg – rajdowy mistrz świata z roku 2003 i obecny mistrz świata w rallycrossie, Kajetan Kajetanowicz – aktualny rajdowy mistrz Europy, Krzysztof Hołowczyc, Maciej Wisławski, Marek Dąbrowski, a także Wojciech Chuchała. W przerwach pomiędzy pokazami i konkurencjami w rozmowach z gośćmi swoim głosem i elokwencją czarował wszystkich Andrzej Borowczyk, wieloletni komentator motoryzacyjny.

Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiła strefa „Oldtimer”, która swoją powierzchnią zajmowała połowę hali. Znajdowały się tam odrestaurowane i utrzymane w świetnym stanie gwiazdy motoryzacji XX wieku: niesamowita kolekcja klasycznych BMW i Mercedesów, ale też pojedyncze perełki, jak Jensen Interceptor, Jaguar E-Type czy w końcu pradziadek czterech kółek, czyli Ford T z 1917 roku.

Nie każdy jednak docenia dzieła sztuki, którymi notabene wypada nazwać część tych egzemplarzy, i ja to rozumiem, ale żeby w dojrzałym, jak na moje oko, wieku nie umieć rozszyfrować tabliczki z napisem „nie dotykać eksponatów”?! Drobna wpadka. Nie myślcie sobie, że przesadzam – to nie było smaganie palcem po lusterku, ale autentyczny „gwałt” nadkola Rolls-Royce’a Silver Cloud z 1957 roku; królowa brytyjska nie miałaby wątpliwości co do tego, że takim „fanom” należy się osobisty, indywidualny Brexit. Poza namacalnymi dziećmi motoryzacji swoje oferty prezentowało wiele firm bezpośrednio powiązanych z tą tematyką: detailing samochodowy, czyszczenie ultradźwiękowe czy pokaz, w pewnym sensie zapomnianej już, sztuki cynowania.

Warsaw Moto Show to impreza tematyczna, ale z ogromnym potencjałem i dedykowana każdemu – do poprawy pozostaje usprawnienie polityki biletowej i nieco mądrzejsze zagospodarowanie przestrzeni. To jeszcze nie genewski auto salon, ale wiele wskazuje na to, że przy tak systematycznym rozwoju kolejnych edycji doczekamy się światowego poziomu i to szybciej niż nam się wydaje.

Autor: Karol Inglot

Wszyscy potrzebujemy szybkich koni.

Dodaj komentarz