Najpierw zdjęcie

Drogo. Ekskluzywnie. Wykwintnie. Myślę, że już każdy ma w głowie obraz kolejnej nowatorskiej knajpy, w której serwuje się najdziwniejsze połączenia smaków, a cena rośnie proporcjonalnie do zmniejszania się porcji. Można podać cokolwiek, ale w odpowiednio małej ilości, polać sosem z efektem niezdarnego, ale najlepszego szefa kuchni-wizjonera i na koniec udekorować wszystko listkiem rośliny z dalekich krajów, którą i tak ostatecznie trzeba odsunąć na bok zamiast zjeść. W ten sposób mamy gotowy przepis na sukces w branży gastronomicznej. I nie ma w tym niby nic złego, bo nie można zaprzeczyć, że jedzenie w tych knajpach jest smaczne. Cały problem w tej sytuacji leży w tym, że jest to pewnego rodzaju sztuka zarabiania na poczuciu ekskluzywności i niedostępności.

Jak sprawdzić, czy jesteś w takim miejscu? To proste. Wystarczy rozglądnąć się i zaobserwować, czy występuje tam bardzo dziwne zjawisko, które niestety już niewielu z nas dziwi. Większość będących tam bowiem osób, zaraz po dostaniu posiłku, wyciąga swoje telefony komórkowe i zaczyna bitwę o najlepsze zdjęcie swojego talerza… Gdzie się podziały czasy, gdy ludzie przed posiłkiem żegnali się znakiem krzyża, życzyli sobie smacznego albo po prostu zabierali się do jedzenia zanim wszystko wystygnie? Kolejny paradoks tej całej „mody” to fakt, że wstawiamy zdjęcie na portale społecznościowe, nawet nie kosztując potrawy, którą dostaliśmy. A może to najgorszy czarny makaron z kasztanami i sosem, jaki w życiu jadłeś? Ale to nic, na Instagramie już oznaczamy naszą znaną knajpę na mapach Google, by każdy, ale to każdy(!), widział, gdzie my „jadamy”. Sprawcą tego zamieszania jest przede wszystkim Instagram, ale do winy mogą się poczuwać także inne serwisy społecznościowe. Moda na dokumentowanie swojego życia przeradza się u niektórych w pamiętnik spożywczy lub listę miejsc, które odwiedzają.

Jako studentka jeszcze nigdy nie widziałam u swoich znajomych na Instagramie pięknie ułożonej na talerzu porcji jedzenia z oznaczeniem lokalu, w którym jedzenie można kupić na wagę. Tam nakładamy je na szybko, między zajęciami i w małych ilościach – żeby było taniej, a nie drożej. Swoją drogą, aby nie być tylko po tej krytycznej stronie i nie udawać zdystansowania do tego trendu, przyznam, że sama dopuszczałam się robienia zdjęć przed posiłkiem. I wcale się tym nie martwię, bo w końcu błądzić jest rzeczą ludzką. A ja próbuję się oduczyć tych wszystkich nawyków XXI wieku. No i oczywiście poczułabym się głupio, gdyby ktoś po przeczytaniu tego felietonu zaglądnął na mój Instagram i przekonał się, że choć krytykuję to zjawisko, to sama mu się czasami poddaję. A przecież w Internecie nic nie ginie. Nawet Twój posiłek sprzed roku.

Dodaj komentarz