Rodziny się nie wybiera. Ale czy na pewno?

„Dzień dobry, chciałabym zgłosić wypadek, są ofiary…”.

Minuty później zjawia się karetka, policja, robi się chaos. Wszyscy są przerażeni, część osób jest poważnie ranna, a część wyszła bez szwanku. Widzisz, że zabierają na noszach najbliższą ci osobę od kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Chcesz z nią pojechać – odmowa. Zamawiasz taksówkę, jedziesz za karetką do szpitala. Spanikowany wbiegasz i pytasz o przywiezioną poszkodowaną osobę. Cisza. „Przepraszamy, nie jest pan z rodziny, nie możemy udzielić takich informacji”. Czekasz. Siedzisz w poczekalni. W międzyczasie pojawiają się rodzice poszkodowanego, przyjaciele, którzy nie brali udziału w wypadku. Ty w bezradności patrzysz tępo w sufit. Wychodzi lekarz, rozmawia z rodzicami – mogą wejść na salę. Też chcesz, podnosisz się z miejsca i słyszysz „Przepraszam, ale nie jest pan z rodziny”. W głowie pozostaje tylko jedno pytanie – jak to nie?

Rodzina jest podstawową jednostką funkcjonowania człowieka w społeczeństwie. Co do tego nie ma absolutnie żadnych wątpliwości. Pojawiamy się na tym świecie w jakiejś określonej rodzinie czy tego chcemy, czy nie. Nie bez powodu powstało powiedzenie „rodziny się nie wybiera”. Jednak problemy pojawiają się podczas próby zdefiniowania rodziny. W słowniku PWN rodzina przedstawiona jest jako „forma życia zbiorowego, występująca w zróżnicowanych historycznie i kulturowo formach; jednoznaczne zdefiniowanie rodziny jest sprawą trudną i budzącą kontrowersje”. Ale dlaczego?

Dla mnie sprawa jest dziecinnie prosta. Para kobiety i mężczyzny (z dzieckiem czy bez) jest rodziną, para mężczyzn lub para kobiet (z dzieckiem czy bez) to również jest rodzina, samotna matka czy ojciec wraz ze swoją pociechą to tak samo pełnoprawna rodzina, podobnie jak adoptowane dziecko pod opieką nowych opiekunów – to również w moim przekonaniu rodzina. Bo rodzina to nie jest instytucja zapisana na świstku papieru i zatwierdzona w urzędzie czy kościele. Rodzina to więzi, jakie tworzymy z innymi. Doskonale zdaję sobie sprawę z podstawowych funkcji rodziny w socjologicznym tego pojęcia znaczeniu – prokreacja, socjalizacja, podtrzymywanie ciągłości kulturowej i przekazanie dziedzictwa kulturowego. Ale czy rodzina to nie coś więcej niż słownikowa definicja i podpis na urzędowym dokumencie? Czy rodziną nie są więzi, jakie łączą jej członków, bez względu na to, jakie są ich więzy krwi? Dlaczego nie możemy sami określić tego, kto jest dla nas rodziną?

Judy Westwater napisała w jednej ze swoich powieści, że „rodzina to niekoniecznie ci ludzie, wśród których człowiek się rodzi. Można ją sobie znaleźć samemu. Tam, gdzie jest bezpiecznie i ciepło. Tam, gdzie człowiek czuje, że właśnie tu jest jego miejsce”.* Biedni są ludzie, którzy nie mają przyjaciół. Sama traktuję moich jak równoprawną rodzinę. Dlatego pewne procedury doprowadzają mnie do szaleństwa. Bo zastanówmy się nad najprostszym przykładem, jakim jest szpital. Kogo chcielibyśmy tam zobaczyć, a kto przyprawiłby nas tylko o ból głowy? Kogo podalibyśmy jako osoby, które chcielibyśmy, żeby wiedziały o tym, że akurat leżymy z jakichś przyczyn (bardziej lub mniej drastycznych) w szpitalu. Oczywiście, że jeśli ma się dobre relacje z rodzicami i rodzeństwem, to właśnie oni będą pierwszą odpowiedzią. Ale co ze związkami niesformalizowanymi? Czy czasem nie jest oczywiste, że mając chłopaka lub dziewczynę, chciałoby się ich zobaczyć, poinformować i to samo tyczy się przyjaciół? Tylko, że dwa ostatnie przypadki w sytuacji pojawienia się bliskiej osoby w szpitalu odbijają się tylko od drzwi. Nikt z personelu nie chce z nimi rozmawiać, nie mogą uzyskać żadnych istotnych informacji. Czy to, że nie łączy ich pokrewieństwo biologiczne, oznacza, że martwią się mniej? A może należy uznać, że ta sprawa ich nie dotyczy, bo prawnie nie są rodziną? To najgłupsze stwierdzenie, jakie mogłabym w życiu usłyszeć. Gdyby przytrafiła mi się taka sytuacja, to zamartwiałabym się na śmierć. Bo to nie jest obcy człowiek. Dla mnie to członek rodziny. Pokręconej i nie do końca normalnej, ale rodziny. Bo rodzina to nie krew, tylko ludzie którzy nas kochają i wspierają bez względu na wszystko.

Będąc kiedyś na przesłuchaniu na komisariacie policji, kiedy funkcjonariuszka zapytała mnie o stopień pokrewieństwa, bezceremonialnie odpowiedziałam  „przyjaciółka”. Ona popatrzyła na mnie z dziwnym uśmiechem i wpisała w protokół dużą, pogrubioną czcionką słowo – „obca”. Jestem świadoma działania prawa i rozumiem suchość biurokracji, ale w tamtym momencie mimo wszystko uderzyło mnie to. Bo czy naprawdę można być „obcym” dla osoby, którą się bardzo dobrze zna i z którą się tyle przeżyło? Dla mnie osobą „obcą” jest ciotka, którą widzę raz w roku na Wszystkich Świętych czy na weselu raz na nie wiadomo ile lat. Bo nic mnie z nią nie łączy. Ale mimo to już jest wyżej w hierarchii niż bliskie mi osoby. Bo co? Bo akurat przytrafiło się, że mamy wspólnych krewnych. No tak, przecież to się oczywiście bardziej liczy niż jakieś tam „obce osoby”.

Co w sytuacji, kiedy mieszkamy z dala od rodziny, na przykład na drugim końcu kraju, w innym państwie lub na sąsiednim kontynencie? Co wtedy? Czy jeśli jest z nami tylko i wyłącznie chłopak/dziewczyna/przyjaciel/przyjaciółka, to nadal usłyszymy „Przepraszam, ale nie jest pan/pani z rodziny?”. Cóż, będąc w Polsce, sytuacja też zostaje bez zmian, choć jeśli w pobliżu nie mamy osoby, która akurat może być mężem siostry babci wujka (przecież to nadal rodzina, prawda?), to faktycznie jesteśmy wtedy najbliższą osobą i w końcu jesteśmy brani pod uwagę. W końcu, choć nie zawsze. Ironiczna sytuacja zachodzi też wtedy, gdy, będąc małżeństwem jednopłciowym, przylatujemy do kraju, w którym takie małżeństwa nie mają prawa bytu i nie są akceptowane. Czy to oznacza, że nagle stajemy się sobie obcy? Oczywiście, że nie. Czy prawo tego kraju tak to widzi? Oczywiście, że tak.

Pojęcie więzi rodzinnych, jakie funkcjonuje we współczesnym społeczeństwie, a szczególnie w polskim, powoduje jednocześnie u mnie śmiech jak i płacz. Bo rodzina to nie szablon ani formularz, który musimy wypełnić w określony, narzucony sposób. Rodzina to są ludzie. Pewnie niektórych zaskoczę, ale żeby stworzyć rodzinę, potrzebne są do tego minimum dwie „obce” osoby. To nie XVI-wieczna dynastia, gdzie panuje przekonanie, że wszystko zostaje w rodzinie, tylko XXI wiek, w którym naiwnie wierzę, że ludzie są bardziej świadomi więzi, które tworzą z innymi. Bo właśnie te więzi przekładają się na posiadanie domu. A dom to nie tylko namacalny budynek. Dom to ludzie, których kochamy. „Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej”.**

 

*J. Westwater, Dziecko ulicy, tłum. J. Puchalska, Warszawa 2006.

**S. King, Przebudzenie, tłum. T. Wilusz, Warszawa 2014.

 

 

Dodaj komentarz