Ta historia musi zostać opowiedziana

Żeby nie jeść obiadu w ciszy, otworzyłam laptopa i włączyłam „Taniec pustyni”. Mało znana produkcja szybko jednak sprawiła, że jedzenie wystygło, a ja bez reszty wciągnęłam się w historię chłopaka gotowego oddać wszystko w walce o wolność i marzenia.

Jestem obywatelem Iranu. I jestem też tancerzem – słyszymy na samym początku filmu Richarda Raymonda z 2014 roku. Niewiele trzeba, aby się zorientować, że te dwa zdania praktycznie się wykluczają. Bowiem w Iranie rządzonym przez fanatycznych duchownych taniec to grzech. A co za tym idzie, za tańczenie można zostać co najmniej pozbawionym wolności.

Dlatego Afshin Ghaffarian (w tej roli Reece Ritchie) od najmłodszych lat musiał ukrywać swoją pasję. Szybko zrozumiał, że jeśli nie chce narażać na niebezpieczeństwo siebie i swoich najbliższych, publicznie nie wolno mu wykonywać nawet rytmicznych ruchów. Jednak zamiłowanie i pragnienie wolności okazują się dużo silniejsze niż strach przed policją moralności, czyhającą na nieprzestrzegających ortodoksyjnych zasad. Poza tym w swojej chęci nauki tańca chłopak nie pozostanie sam. Razem z grupą przyjaciół postanowi spełnić swoje marzenie i założyć grupę taneczną.

Jak irańscy studenci dokonają tego w kraju, w którym nawet nagrania choreografii najsławniejszych europejskich i światowych tancerzy zostały zdelegalizowane? Czy odważą się zrobić o krok więcej i wytańczyć swoje emocje, w dodatku przed publicznością?

Podobne pytania trzymały mnie w napięciu przez prawie cały film. Szczególnie podczas sceny z prologu, kiedy życie Afshina leży na szali i nie wiemy, w którym momencie należy przestać się spodziewać ciągu dalszego historii…

„Taniec pustyni” budzi całą gamę uczuć i emocji. Oprócz tego, że zaciekawia, wzburza i wywołuje strach o losy bohaterów, przede wszystkim wzrusza i pokrzepia. Przez chwilę wydaje się nawet, że cała pustynia może stać się symbolem nadziei i wolności. Ale, jak się okazuje, to miejsce jest także niebezpieczne i pełne cierpienia.

Czasami możemy nie zgadzać się z wyborami bohaterów filmu, jednak ukazanie ich indywidualnych historii i wewnętrznych zmagań nie pozwala na ich osądzanie. Nawet najbardziej tajemnicza postać w filmie – Elahen (grana przez Freidę Pinto) – staje się czytelna dla odbiorców, kiedy poznajemy jej trudne dzieciństwo, naznaczone bólem i problemami matki.

Za trudne do zrozumienia można uznać za to tło zdarzeń – zamieszki polityczne w Iranie przed wyborami prezydenckimi. To wydarzenia niezwykle ważne dla przebiegu całej akcji, a w niektórych momentach wręcz nią kierujące. Wydaje się jednak, że zostały albo nieco zepchnięte na drugi plan, albo niewystarczająco jasno przedstawione dla widza niezorientowanego w najnowszej historii Iranu. Z drugiej strony – to szansa, żeby samemu poczytać nieco o burzliwych dziejach Bliskiego Wschodu, który po obejrzeniu produkcji Raymonda stał się mi o wiele bliższy.

Niełatwa codzienność filmowych Irańczyków wydała mi się jeszcze mniej odległa, gdy uświadomiłam sobie, że czas akcji „Tańca pustyni” pokrywa się z okresem, w którym w Polsce również panowała cenzura, tyle że komunistyczna. Dobrze wiedział o tym Afshin Ghaffarian. Dzięki temu czuł wyjątkową więź z Polakami, w szczególności z jednym, którego występy oglądał na YouTubie, łamiąc internetowe blokady, i który stał się dla niego ogromną inspiracją. Jerzy Grotowski – bo o nim tutaj mowa – był polskim reżyserem teatralnym, teoretykiem teatru, twórcą metody aktorskiej, a także jednym z największych reformatorów teatru XX wieku. Dla nas, studentów Uniwersytetu Rzeszowskiego, to postać szczególnie ważna, ponieważ Grotowski urodził się (w 1933r.) właśnie w Rzeszowie.

Dzięki wzorowaniu się na polskim artyście i znanych tancerzach z całego świata oraz lekcjom Elahen Afshin wyszkolił zarówno swój warsztat taneczny, jak i aktorski. Nie potrzeba muzyki (choć tę Benjamin Wallfisch skomponował fenomenalnie), by zrozumieć przekaz ruchów bohatera filmu. Poza tym taniec Afshina, a w jeszcze większym stopniu duet Afshina i Elahen poruszają nawet tych, którzy nie przepadają za sztuką współczesną. Dlatego niezależnie od artystycznych preferencji koniecznie na niecałe dwie godziny przenieście się w świat „Tańca pustyni”.

Dodaj komentarz