Wcale nie „the invisible man”

Kolorowy ptak, nieuchwytny wizjoner, artysta totalny. Gdy zaczyna śpiewać, porywa tłumy. Maska, którą zakłada, wychodząc na scenę, pozwala mu na bycie prawdziwie wolnym człowiekiem i umacnia go w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym. Zespół Queen to on.

Powstanie filmu biograficznego o Freddiem i Queen było kwestią czasu. Kiedy na ekrany kin zawitał „Bohemian Rhapsody”, nikt nawet nie brał pod uwagę, że opowieść skupi się na innej niż Freddie Mercury postaci. Już same zwiastuny utwierdzały widzów w tym przekonaniu, jednak nie odwiodło to fanów od tłumnego oblegania sal kinowych, wręcz przeciwnie – w weekend premiery produkcja zainkasowała ponad 120 mln dolarów.

„Bohemian Rhapsody” to film jednego bohatera. Historia życia nietuzinkowego wokalisty jest głównym wątkiem produkcji i dopiero wraz z jej rozwojem widzowie poznają losy reszty zespołu. Swoją charyzmą, barwnością i odmiennością Freddie Mercury/Farrokh Bulsara (w tej roli Rami Malek) kradnie całe show. To na jego wzlotach i upadkach, zwycięstwach i porażkach opiera się cały trzon filmu. Zespół jest dodatkiem, tłem dla wyjątkowego wokalisty i tekściarza. Te dysproporcje budują w odbiorcach przekonanie, że gdyby nie Mercury, Queen nie zdobyłby tak fenomenalnej publiczności i nie stałby się ikoną muzyki. Czy jest to prawda, tego nie wiemy, jednak na takiej wizji opiera się biografia. Ponadto sama postać Freddiego została wizerunkowo wybielona. Film szeroko ukazuje momenty przełomowe, w których wokalista triumfował, a jedynie delikatnie prześlizguje się po jego dramatycznych upadkach i błędach. Widocznie przy konstruowaniu postaci głównego bohatera reżyserowi Bryanowi Singerowi mocno przyświecało przekonanie, że o zmarłych należy mówić albo dobrze, albo wcale. Produkcja traci tym zabiegiem na autentyczności i staje się raczej quasi-biografią, ale odbiór filmu jako całości jest mimo to jak najbardziej pozytywny. Z drugiej strony, dla wielu fanów to właśnie Freddie Mercury był najjaśniejszą twarzą zespołu, to jego energia przyciągała tłumy i to jego odwaga pozwoliła na eksperymenty muzyczne, dzięki którym Queen został legendą. Może zamysłem reżysera było ukazanie historii wokalisty oczami zafascynowanego słuchacza? Jeśli tak, to zrobił to nienagannie.

Pomijając kwestię dysproporcji, sama historia nie wbija przesadnie w fotel. Ma się wrażenie, że gdyby nie fenomenalna muzyka, film byłby nijaki. Jednak użycie wielu przebojów Queen w ścieżce dźwiękowej i zawarcie na końcu filmu długiego fragmentu z koncertu „Live Aid” spowodowało, że produkcja zyskała na wartkości i charakterze. To właśnie w muzyce, którą twórcy postanowili słusznie zaakcentować i wyróżnić, należy upatrywać najmocniejszej strony filmu. To ona zwiastowała przełomowe momenty historii, dając przy tym wiele radości fanom zespołu. Historia przedstawiona w biografii czytelnie pokazuje także chwile zakulisowe. Widzowie mają szansę zobaczyć, jak powstawały teksty piosenek, jak zespół przygotowywał się do wyjścia na scenę itp. Bardzo emocjonalnym momentem filmu jest scena, kiedy Freddie inicjuje powstanie hitu We Will Rock You, skomponowanego przez Briana Maya. Ten charakterystyczny rytm zna każdy.

Na grę aktorów i ich charakteryzację nie sposób narzekać. Panowie z Queen wyglądali rockowo i autentycznie. Różnorodność strojów i przebrań, które znamy z oryginalnych występów Freddiego, również zachowano. Postać głównego bohatera została słusznie powierzona Malekowi. Aktor może pochwalić się świetnym głosem, a fragmenty piosenek w jego wykonaniu brzmią niesamowicie realistycznie. W sieci pojawiły się nawet komentarze mówiące o tym, że odtwórca roli Mercury’ego śpiewa lepiej niż sam wokalista Queen. Jednak, jak zdradza sam Malek, większość piosenek, które usłyszymy w „Bohemian Rhapsody”, to oryginalne wykony Freddiego.

Stworzenie filmu biograficznego o tak charakterystycznych i nieoczywistych twórcach jak Mercury i Queen to wymagające zadanie. Autorzy „Bohemian Rhapsody” postawili na formę filmu-pomnika. Nie należy doszukiwać się w tym zabiegu nieszczerego – chęci wybielenia postaci czy usprawiedliwienia decyzji. Nie to jest celem produkcji, choć niektórzy pewnie tak odczytują pominięcie lub spłycenie negatywnych wątków. „Bohemian Rhapsody” to przede wszystkim opowieść o wyjątkowym wokaliście i jego zespole, z którym podbił serca słuchaczy na całym świecie, wpisując się w plejadę najjaśniejszych gwiazd rocka. I mi ta historia odpowiada.

Autor: Karolina Paszek

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Rzeszowskim. Pisarstwo i rysunek są nieodłączną częścią jej życia. Kocha podróże, w których nie zawsze najważniejszy jest cel, ale sama podróż i przyjaciele, z którymi w nią wyrusza.

Jedna myśl na temat “Wcale nie „the invisible man”

  1. “Eeeeooooo” 😉 Ciekawie spostrzeżenia. Mnie też film się podobał, choć wiem, że w dużym stopniu obroniła go muzyka “Queen”. Dodam, że wcale mi to nie przeszkadza 🙂 Pozdrawiam!

Dodaj komentarz