Wszystkie kobiety Paula Spectora

Belfast, wiosna 2012 roku. Detektyw Stella Gibson przybywa do miasta, by wspomóc tutejszą policję w rozwiązaniu sprawy dwóch morderstw dokonanych ostatnio na ciemnowłosych, trzydziestoletnich kobietach. W tym samym czasie Paul Spector obserwuje odpowiadającą wcześniejszemu opisowi panią prawnik, która niedługo stanie się jego ofiarą. Już trzecią.

 

Tak rozpoczyna się serial Upadek (oryg. The Fall) produkcji północnoirlandzkiego BBC, w reżyserii Allana Cubitta. Nie jest to rzecz ani najnowsza, bo emitowano ją w latach 2013–2016, ani szczególnie znana, ale zaintrygowała mnie na tyle, że usiadłam i obejrzałam wszystkie trzy sezony, czyli siedemnaście odcinków, i to mimo że nie jestem człowiekiem seriali. Najlepiej ogląda mi się je z kimś albo na bieżąco co tydzień, choć to i tak nie gwarantuje, że nie porzucę oglądania po dwóch epizodach. Albo trzydziestu minutach.

 

Dana Scully kontra Christian Grey

Wszystkie opisy Upadku, na jakie napotykałam, czasem nawet zamykające się w jednym zdaniu: Detektyw Gibson tropi grasującego w Belfaście seryjnego mordercę (więc moje powyższe streszczenie, jak widać, obfituje w szczegóły), mocno sugerowały kolejną historię typu przestępca i ścigająca go policja, czyli dobrze już znany wzorzec. W takich produkcjach poznajemy bliżej kogoś z „tych dobrych”, jego życie prywatne, ewentualne traumy i wewnętrzne motywacje. Zbrodniarz to ten ktoś z zewnątrz, kogo ukazują nam w urywkach, gdy akurat szykuje się do kolejnego zabójstwa czy wygłasza długie monologi na temat ludzkości. Wiadomo. Trudno mówić w tym przypadku o perspektywie, raczej ma to nam ukazać kontrast między dobrem a złem.

 

Tymczasem The Fall oferuje nam ten schemat w formie odwróconej, a samą sprawę przedstawia z obu punktów widzenia. W ten sposób Stellę, graną przez Gillian Anderson (szerzej znaną z roli w Z Archiwum X; „szał” na ten serial mnie ominął), poznajemy jako profesjonalną, charyzmatyczną panią detektyw, do której szacunek czują nawet lokalne zbiry. Ma właściwe dla swojej pozycji chłodny dystans, pewność siebie, bezpośredniość i zdolność wnioskowania. A przy tym zawsze perfekcyjne strój i fryzurę. Jednak na tym właściwie koniec. Niewiele dowiadujemy się o jej życiu prywatnym, możemy wręcz wnioskować, że takowego nie ma. Dodatkowo jej powściągliwość sprawia, że dopiero później, gdy zaczyna okazywać więcej emocji, zmieniamy delikatnie sposób patrzenia na nią. Jednak wciąż: czy czujemy sympatię? Być może dlatego – jako odbiorczyni – lgnęłam bardziej do „ciemnej strony mocy”, czyli drugiego uczestnika konfliktu – Paula Spectora.

 

Tak naprawdę serial znalazłam poprzez filmografię Jamiego Dornana. Chcąc zobaczyć go w czymś innym niż ta nieszczęsna seria o Christianie Greyu, z którą zapewne (i niestety dla niego) jest obecnie kojarzony przez większość, przejrzałam pobieżnie jego dorobek i padło na Upadek. Dla porządku – ekranizacje powieści E.L. James zaczęto produkować rok po drugim sezonie serialu, więc Dornan najpierw był seryjnym mordercą, a potem dopiero panem ekscentrycznym milionerem. Ta chronologia ma większy sens w momencie, gdy przybliżymy sobie postać Paula. Jego ofiarami są ciemnowłose, wykształcone kobiety w wieku około trzydziestu lat. Później dowiadujemy się też, że ma on skłonności do praktyk BDSM i eksperymentów łóżkowych nie zawsze komfortowych dla drugiej strony. Dodając do tego doświadczenia z młodości, drobiazgowość na miejscu zbrodni oraz błysk mrocznego szaleństwa w oczach, naprawdę wierzę, że w pewnym momencie ludzie zajmujący się castingiem zobaczyli w Paulu Spectorze bardziej ekstremalną wersję Greya i stwierdzili, że skoro coś raz zadziałało, to zadziała znowu. Wynik znamy.

 

Tymczasem Spector to nie tylko skrywana brutalność i niepokojące rysunki w notatnikach. To także mąż, ojciec dwojga dzieci i terapeuta wspierający osoby pogrążone w żałobie. Dornan bardzo płynnie i bez sztuczności przechodzi między tymi dwoma stronami swojego bohatera. Czego nie oddaje mimiką czy postawą ciała, sygnalizuje oczami. Widać w nich wszystkie uczucia mordercy – czułość, gdy jest w towarzystwie swojej córki; zew drapieżnika, gdy spogląda na ofiary; wspomniany błysk szaleństwa, gdy wygłasza mroczne monologi (jemu też się zdarza, co poradzić); zaintrygowanie przy pierwszym spotkaniu ze Stellą. Szczególnie w trzecim sezonie jego spojrzenie nabiera jeszcze większej wartości, gdyż już samo ono pobudza odbiorcę do spekulacji na temat tego, co właściwie dzieje się na ekranie. Chociaż Gillian Anderson też jest w swojej roli świetna, to jednak Jamie Dornan przykuwa uwagę, znajduje się w centrum scen ze swoim udziałem, hipnotyzuje widzów.

 

Potyczka Stelli i Spectora to główny element, który trzyma przy serialu. Tego drugiego poznajemy lepiej, nasza opinia na jego temat zmienia się pod wpływem kolejno odkrywanych faktów o jego motywacjach, przeszłości. Im więcej o nim wiemy, tym bardziej rozumiemy, że kibicowanie mu było co najmniej nieodpowiednie, ale resztki sympatii do niego pozostają z nami do końca. Odwrotna sytuacja ma miejsce z bohaterką Anderson – początkowo może być nawet irytująca z ciągle tymi samymi miną i tonem głosu, ale gdy na przybranej przez nią obojętnej masce pojawiają się pęknięcia, powoli zyskuje w naszych oczach. Bliżej finału widz przestaje opowiadać się po którejkolwiek ze stron i po prostu śledzi kolejne wydarzenia.

 

Ojcowie, których nie ma

Chociaż serial skupia się na relacji dwojga głównych bohaterów, to pamiętajmy też o drugim i trzecim planie. Upadek przedstawia nam całkiem sporo postaci pobocznych. I, oczywiście, znajdzie się wśród nich paru mniej lub bardziej ważnych dla fabuły mężczyzn, jak chociażby Jim Burns, przełożony Stelli, z którą kiedyś łączyło go prawdopodobnie coś więcej, czy Tom Anderson, młody inspektor po pewnym czasie zaangażowany w śledztwo, ale jeśli chodzi o otoczenie naszego mordercy, to od któregoś momentu można zauważyć, że skupia ono głównie kobiety.

 

Prócz pani detektyw i ofiar mamy przecież jeszcze jego rodzinę. Obok żony, Sally Ann, której może nie lubimy, ale na pewno rozumiemy jej dramat, mamy przede wszystkim córkę Paula, ośmioletnią Olivię. To ona jest centrum familii. Chociaż Spectorowie mają dwoje dzieci, to zawsze gdy mowa o ojcostwie, wiadomo, że chodzi o Olivię. To na jej dobru i zdrowiu najbardziej zależy bohaterowi Dornana, to ona jest jego oczkiem w głowie, słabym punktem, którego można z powodzeniem użyć jako asa w rękawie. Należy wspomnieć też o nastoletniej opiekunce tychże dzieci, Katie. Początkowo jej rola nie jest duża, jednak w drugim sezonie znacznie się rozwija, a jej relacja z Paulem komplikuje. Ona – beznadziejnie ślepo w niego wpatrzona, on – sprawnie nią manipulujący. Postać Katie prowokuje u widza całe spektrum odczuć – od irytacji jej postawą, poprzez podziw dla jej zaangażowania, aż do współczucia.

 

Kolejne kobiety związane ze sprawą morderstw to: pani patolog Paula Smith, z którą Stella nawiązuje nić porozumienia, policjantki Danielle i Gail, współpracujące z Gibson, pacjentka naszego zbrodniarza – Liz oraz Rose Stagg, będąca ważnym świadkiem w sprawie. Jeszcze dalej mamy pielęgniarkę Kierę, panią sędzię i jeszcze kilka anonimowych kobiet, które może i pojawiają się epizodycznie, ale jasno zaznaczają swoją obecność. Właściwie mężczyzn bezpośrednio związanych ze Spectorem jest niewielu – prócz wspomnianych Burnsa i Andersona można napomknąć o Jimmym, mężu Liz, czy doktorze Larsonie z trzeciego sezonu, ale w życiu Paula dominują kobiety. Obok skupiającej jego uwagę Olivii częściej wspominana jest również postać jego matki. W pewnym momencie on sam zaznacza wręcz, że dla każdego człowieka to właśnie matka jest najważniejsza. Ojca właściwie brak i to nie tylko u niego. Są jeszcze co najmniej dwie inne postacie, które nie mają ojców i twierdzą, że odbiło się to na ich życiu. Można to też odnieść z powrotem do relacji Paula i jego córki – przez to, że daje się on ponieść swoim fantazjom, prawdopodobnie nie jest takim tatą, jakim chciałby być i jakiego potrzebuje Olivia.

 

W tej całej sieci kobiet znalazło się również miejsce na wstawki feministyczne, na szczęście w tym lepszym, łagodniejszym wydaniu. Sama Stella może być uważana za ikonę feminizmu – profesjonalna, atrakcyjna, kontrolująca swoje emocje. Nie musi wykrzykiwać swojej wartości, nie musi palić staników. Nie walczy z kolegami po fachu o pozycję, nie tłumaczy im, dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje. Oprócz czasem rzuconej uwagi czy dwóch o panującej dominacji mężczyzn, ukłon w stronę pań znajdujemy również w przedstawieniu ich wzajemnych relacji. Te z udziałem detektyw Gibson budowane są w oparciu o wzajemne wsparcie, zrozumienie, wdzięczność, a jak wiemy, kobiety mogą walczyć o swoje prawa dopiero wtedy, gdy przestaną rzucać sobie nawzajem kłody pod nogi. W serialu w środowisku policji nie ma na to miejsca. Jedyny zgrzyt jest wynikiem manipulacji. Chociaż sama jestem z reguły sceptycznie nastawiona do „feminizmu”, który często nie jest dialogiem, a (delikatnie mówiąc) przepychanką, obraz ukazany w „The Fall” do mnie przemówił – subtelny, ale jasny.

 

Moja ostatnia uwaga dotycząca tematu kobiet w serialu jest taka, że są one elementem stałym. Mężczyźni pojawiają się i często znikają, przemijają, „upadają”, natomiast kobiety zostają. Poturbowane, zranione czy bez większego uszczerbku, ale zostają. Oczywiście stwierdzenie, że tytuł odnosi się, pomijając głównego bohatera, tylko do postaci męskich czy wręcz dotyczy zbliżającego się upadku patriarchatu byłoby posunięte za daleko, ale gdyby spojrzeć na proporcję płciową w „upadaniu” i „podnoszeniu się”, to wciąż będzie ona korzystniejsza dla pań. Ironiczne, mając w pamięci, że to one znajdują się na celowniku Spectora.

 

Miasto Wielkiej Ryby

Twórcy serialu nie spieszą się w opowiadaniu historii, czego można by się spodziewać, patrząc na liczbę odcinków. Całość opiera się na dialogach, analizowaniu, rozwijaniu psychologii postaci. Chociaż to opowieść o śledztwie w sprawie seryjnego mordercy, przemoc podana widzowi wprost pojawia się raz na jakiś czas, pozostawiając pole do popisu jego wyobraźni. Miejscami serial się dłuży, sama łapałam się na tym, że sprawdzając, czy odcinek się już kończy, orientowałam się, że to dopiero dwudziesta trzecia minuta i ciężko wzdychałam. W epizodach brakuje akcji rozumianej jako pościgi, wybuchy, konfrontacje, ale to nie przeszkadza im w byciu pełnymi treści. Nie każdemu spodoba się taka przegadana forma, bywa męcząca zwłaszcza w drugim sezonie, ale fakt – oddziałuje ona na klimat produkcji.

 

A ten jest dość ponury. Serialowy Belfast to miasto szare, w którym niebo jest wiecznie zachmurzone, brakuje w nim żywych kolorów, chociaż zbliżamy się do lata, a nie zimy. Miejsce nieprzyjazne, może nawet mroczne, nic, tylko popełniać tu przestępstwa. Zanim nasi bohaterowie się spotkają i nawiążą bezpośrednią relację, poruszamy się po otwartych terenach – parkach, ulicach, obszarach niezabudowanych. Jednak od połowy serialu, a już całkowicie w trzecim sezonie, gdy atmosfera gęstnieje, przenosimy się do przestrzeni zamkniętych: gabinetów, korytarzy, cel, co jednocześnie powoduje, że jeszcze mocniej skupiamy się na bohaterach, ich mimice – bardzo zresztą eksponowanej zbliżeniami, wypowiedziach. Wtedy szczególnie chłoniemy to, co się z nimi dzieje. Atmosfery produkcji dodaje również muzyka, a raczej jej brak. Ścieżka dźwiękowa jest dość uboga, często w tle panuje cisza. Buduje to dodatkowo napięcie, bo w momentach, gdy gdzie indziej obrót spraw sygnalizowany jest przez odpowiedni utwór, w „Upadku” naprawdę nie wiemy, czego się spodziewać. Czy wystraszy nas jakiś jump scare, czy bohater po prostu spojrzy w lustro, wytrze twarz i wyjdzie z łazienki.

 

 

Na zakończenie chciałabym jeszcze szybko napomknąć, że obok śledztwa, zagłębiania się w psychikę Spectora i wstawek feministycznych, w serialu zahacza się o jeszcze kilka innych tematów. Sygnalizowane są więc problemy takie jak przemoc domowa, niemożność poradzenia sobie ze stratą dziecka czy rodzica, poszukiwanie przyczyn przestępstwa u ich ofiar, zaniedbywanie przez państwo osieroconych dzieci czy w końcu gorąca ostatnio kwestia pedofilii wśród osób duchownych. To wszystko, jak już wspominałam, wypełnia po brzegi siedemnaście i pół godziny serialu, czyniąc go bardzo treściwym. Oczywiście, zdarzają się nielogiczności, wątki być może zbędne (chociażby ten rodziny Monroe z pierwszego sezonu), urwane bez puenty lub zakończone „na szybko”, ale mam wrażenie, że w ostatecznym rozrachunku tej akurat produkcji można to wybaczyć. Ja wybaczyłam.

 

* Na górze: obraz „Nocna mara” autorstwa Johanna Heinricha Füssliego, 1781 r.

Autor: Natalia Jaroszewicz

Studentka filologii polskiej. Amatorka miejskich dżungli i dobrej kawy.

Dodaj komentarz