Artykuł,  Felieton,  Komentarz,  Opinia

Złota rybka w mętnym akwarium

Zaczęło się od rozczarowania we wtorek. Następnie przyszła czwartkowa radość, po której szybko nastąpiła złość i szok w piątek. Sobota upływała pod znakiem rozgoryczenia, lecz finalnie wszystko zakończyło się pozytywnie, bowiem zatriumfowała muzyka. 68. Konkurs Piosenki Eurowizji zakończył się zwycięstwem Nemo. Opadające emocje związane z wydarzeniem, które (szczególnie w tym roku) rozgrzało serca obserwatorów, to dobra okazja do subiektywnego podsumowania ostatnich wydarzeń w Malmö.

Wybór wewnętrzny znowu się nie sprawdził

Tegoroczna Eurowizja dla jej polskich entuzjastów rozpoczęła się dosyć szybko, bo już we wtorek. Nasza reprezentantka, Luna, rywalizowała w pierwszym półfinale. O tym, że jako kraj znajdujemy się w eurowizyjnym ślepym zaułku, najlepiej świadczy rokroczna niepewność związana z tym, czy Polsce uda się wejść do finału. Nasze ambicje sięgają najlepszej dziesiątki w sobotnim show, a możliwości w tym roku zakończyły się na 12. miejscu we wtorek i przedwczesnym powrotem do domu. Okazało się, że TVP wszystkich skrzywdziło. Skrzywdziło fanów, nie dając im możliwości zobaczenia występu przyszłej reprezentantki na żywo (jak w przypadku preselekcji). Skrzywdziło także samą Lunę, ponieważ nasza przedstawicielka została zalana falą okropnych komentarzy po występie. Hejt staje się powoli wpisany w to, z czym musi mierzyć się reprezentant Polski na Eurowizji – to bardzo niebezpieczne zjawisko. Pozycję Luny w półfinale mocno osłabiła kolejność startowa. „The Tower” znalazło się między Scyllą i Charybdą, a dokładniej rzecz ujmując Ukrainą i Chorwacją. Występ pomiędzy piosenkami, które ostatecznie zajęły miejsce na eurowizyjnym podium, był arcytrudnym zadaniem. Piosenka Luny nie wyróżniła się na tyle, aby wejść do głów oglądających wtorkowe widowisko. Co do samego wykonania – mogło być gorzej, ale i o wiele lepiej. Najwięcej do życzenia pozostawiła oczywiście warstwa wokalna. Trudna choreografia przerosła naszą reprezentantkę. Okazało się, że Luna jest za mało doświadczona i nieobyta z tego typu scenami. Z pewnością trzy minuty występu trwały dla niej całą wieczność.

O ile jednak minusem okazał się aspekt audialny, na zdecydowaną pochwałę zasługuje to, co widzieliśmy. Zmiana reżysera wyszła nam na dobre. Jerry Reeve na szczęście zdjął z Polski łatkę kraju na potęgę wykorzystującego efekty specjalne. Z ekranu zniknęły kompletnie niepotrzebne nakładki, które „zabijały” w przeszłości występy BlankiKrystiana Ochmana. Staging sprawił, że oglądający wreszcie nie męczyli się przed telewizorami. Ostatecznie to jednak nie wystarczyło. Skończyło się na 12. lokacie. Trudno nie odczuwać niedosytu po takim wyniku. Luna nie zasłużyła na brak awansu, szczególnie w zestawieniu z Blanką (która przed rokiem wystąpiła w sobotę). Aspektem, który niezwykle pozytywnie wpłynął na postrzeganie naszej przedstawicielki z Liverpoolu, była możliwość zauważenia progresu wykonanego względem preselekcji. Tym razem tego nie widzieliśmy, ponieważ TVP postawiło na wybór wewnętrzny, który jest z pewnością bohaterem koszmarów polskich fanów Eurowizji.

Luna podczas półfinałowego występu. Fot. Reuters

Troje ostatnich reprezentantów Polski wyłonionych w ten sposób (wcześniej Tulia w 2019 roku oraz Rafał Brzozowski w 2021) zakończyło przygodę z Eurowizją na półfinałach. Winą za naszą porażkę w Malmö nie możemy obarczać wyłącznie Luny, która z pewnością włożyła w przygotowania pełne zaangażowanie, robiąc wszystko, co było w jej mocy. Porażkę poniosła Telewizja Polska, wybierając złą reprezentantkę. Radiówka, która mogłaby odnieść sukces na Eurowizji, ale 20 lat temu, w połączeniu ze zdecydowanie za mało doświadczoną reprezentantką – to po prostu nie miało się prawa udać. Największą zbrodnią było oczywiście wybieranie wyłącznie na podstawie wersji studyjnych piosenek. Sam skład jury również powodował niesmak w środowisku eurowizyjnym. Zresztą powierzenie tak odpowiedzialnej funkcji zaledwie 5 osobom także nie należy do szczytów kompetencji. TVP drugi rok z rzędu poszło pod prąd nurtu eurowizyjnych trendów. Jako okoliczność łagodzącą możemy przyjąć burzliwy okres, jaki przechodziła wtedy nasza telewizja. To z pewnością nie wpłynęło na spokój przeprowadzenia preselekcji. Jednakże w przyszłym roku należy oczekiwać gruntownych zmian i wyboru dokonanego przez kompetentnych ludzi oraz (co najważniejsze) widzów. Ile można bowiem rozczarowywać się i ciągle powtarzać sobie „może następnym razem”? Aspekt tego, że brakuje nam odwagi do wysłania kogoś na eurowizyjne zwycięstwo, to temat na inny, niezwykle długi artykuł. Na razie fakty są takie, że znowu przestrzeliliśmy i od ośmiu lat, z jednym przebłyskiem, szorujemy po dolach tabeli, separując się od nowoczesnej Europy. To, co dla nas jest w ostatnich latach sufitem, dla kraju chcącego osiągnąć sukces na Eurowizji od dawna jest dnem. W przyszłych latach albo się od niego odbijemy, albo TVP stwierdzi, że pora wycofać naszą łajbę z wód Eurowizji.

Sataniści i golasy, czyli nudy nie było

Tak jak wspomniałem, problem Polski na Eurowizji jest za długi do roztrząsania go w tekście poświęconym tegorocznej edycji. Przerzucenie uwagi z polskiego występu na to, co działo się w Malmö w ogólnym kontekście, przypomina przejście z zawalonego ubraniami i kubkami po herbacie własnego pokoju do będącego w jeszcze gorszym stanie pokoju brata. Będzie to bardziej widoczne od czwartkowego półfinału. Wtorek minął bowiem w przyjemnej atmosferze, choć nie obyło się bez kontrowersji. Konserwatywną publikę najbardziej oburzył występ Irlandii. Bambie Thug przyjechała bowiem do Malmö z propozycją, przy której „straszne” Lordi z 2006 roku wydawało się Teletubisiami. Zewsząd wylewał się strach. Na scenie widzieliśmy tancerza uosabiającego diabła, który opętał Bambie. Wszystkiemu towarzyszyła oczywiście mrożąca krew w żyłach muzyka i krzyki. Z ekranów migał do nas pentagram. To wszystko miało natomiast miejsce w „family show”, za jaki chce uchodzić Eurowizja. Sam występ i warstwa artystyczna to jedno. Drugą, zdecydowanie bardziej delikatną sprawą jest stosowność. Występ Irlandii miał miejsce w okolicach godziny 21:30. Jest to zbyt wczesna pora na takie treści. Wolność przekazu niesie za sobą konsekwencje. Eurowizja musi przemyśleć, czy takie występy faktycznie dobrze wpływają na wydarzenie. Oczywiście, nie można odmówić Irlandii świetnego posunięcia pod względem wyniku. Bambie udało się przełamać niechlubną serię swojego kraju bez awansu do finału. Występ, poza rozgłosem, przyniósł jednak pewne hermetyzowanie się Eurowizji w niektórych środowiskach i pogłębianie stereotypów. Niewątpliwie to, czy takie treści mogą znaleźć się na wydarzeniu tego typu, należy rozstrzygać we własnej wrażliwości. Dla wielu, w tym mnie, była to jednak przesada i przekroczenie granicy dobrego smaku. Efekt jest jednak taki, że Irlandia zajęła bardzo dobre 6. miejsce. Na to złożyła się 6. pozycja w głosowaniu jury oraz 6. lokata u widzów. Zbieżność cyfr nieprzypadkowa?

Bambie Thug podczas 68. Kunkursu Piosenki Eurowizji, fot. Getty Images

Kolejny niesmak wzbudziła Finlandia. Tym razem mieliśmy do czynienia z piosenkarzem o pseudonimie Windows95man biegającym po scenie w cielistych stringach i krzyczącego „no rules!”. Po drugim miejscu w ubiegłym roku kraj ze stolicą w Helsinkach postanowił ewidentnie wziąć edycję na przeczekanie. Występów określanych jako „joke entry” było w tym roku więcej, lecz to Finlandia zawładnęła nagłówkami w tej kategorii.  Występ nie zdobył uznania widzów, na czym najbardziej zależało jego autorom. Granice dobrego smaku dla niektórych w tym przypadku zostały przekroczone. Wydawało się, że tegoroczną Eurowizję zdominuje dyskusja na temat stosowności i granic humoru, którą zgotują nam Irlandia i Finlandia. Jednakże po tym, co wydarzyło się później w Malmö, wszyscy fani tego wydarzenia chcieliby, aby tak było.

Festiwal skandali z konkursem piosenki w tle

Rywalizacja muzyczna zeszła w tym roku na drugi plan, kompletnie psując atmosferę muzycznego święta. Problem nie zaczął się jednak w Szwecji. Nawet najmniej biegli w geopolityce zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się w Strefie Gazy. Tymczasem jedna ze stron konfliktu bierze czynny udział w Konkursie Piosenki Eurowizji. Jak to możliwe? Wszelkie wątpliwości rozwiewa reklama marki izraelskich kosmetyków, która jest głównym sponsorem wydarzenia. Organizatorzy Eurowizji sprzedali spokój i kontrolę za szekle. Nie wiadomo oczywiście, czy włodarze tego przedsięwzięcia wykluczyliby Izrael nawet przy braku finansowania ze strony Morrocanoil. Brzmi to strasznie, ale lakoniczność Martina Osterdahla w tych kwestiach dała o sobie znać w 2022 roku po napaści Rosji na Ukrainę. Eurowizji nieśpieszno z wykluczaniem uczestników. Jednakże presja z zewnątrz ponownie mogłaby zaważyć. Tak jednak się nie stało i doszło w efekcie do tego, że w Malmö pojawiła się przedstawicielka telewizji publicznej kraju, który dokonuje zbrodni wojennych. Na domiar złego, uczestnictwo Izraela nie przeszło mimochodem, a zagrało główną rolę w szwedzkim przedstawieniu. Już awans do finału wzbudził kontrowersje. Stało się tak po tym, jak włoska telewizja przez pomyłkę opublikowała wyniki głosowania widzów z Italii, które są podawane do wiadomości dopiero w nocy z soboty na niedzielę. W nim Eden Golan wręcz zdeklasowała konkurencję. Już wtedy wszyscy wiedzieli, że coś idzie nie tak.

Joost Klein był jednym z najgłośniejszych przeciwników rywalizacji Izraela na największej scenie Europy. Reprezentant Holandii mówił o tym otwarcie, choćby podczas słynnej konferencji prasowej po czwartkowym półfinale. Bez problemu udało mu się awansować bowiem do finału. Jego piosenka porywała publiczność. Jednakże w piątek podczas dnia prób przed finałem wszystko cię zepsuło i prysł czar święta piosenki. Klein pojawił się na rozpoczynającej show paradzie flag, lecz nie wyszedł na scenę na występ. To, co wydarzyło się w tak krótkim odstępie czasu (Holandia występowała jako piąta) pozostaje tajemnicą. Najpierw pojawiła się informacja, że zaatakował członkinię Izraelskiej delegacji. Ta wersja wydarzeń błyskawicznie się przyjęła, w końcu obie strony mocno się nie lubiły. Ponadto Izraelczycy zachowywali się w Malmö niczym syn dyrektora w liceum. Zaczepiali i prowokowali, przeświadczeni o swojej niekaralności (w sieci pojawiło się nagranie, na którym członek ich delegacji pochodzi do jednego z Holendrów i w ironiczny sposób wypytuje o Kleina). Do EBU wpłynęło zaniepokojenie od Hiszpanów po tym, jak Izraelczyk podbiegł do hiszpańskich dziennikarzy mówiących „wolna Palestyna” i zaczął nerwowo robić im zdjęcia. Później jednak pojawiła się informacja mówiąca, że to nie członkini Izraelskiej delegacji została zaatakowana, a neutralna fotograf. Wciąż były to jednak nieoficjalne doniesienia. Chaos informacyjny trwał przez cały piątek. Kleina nie było w arenie podczas prób. Przed tą najważniejszą, zwaną jurorską, EBU wreszcie wydało oświadczenie. Poinformowano w nim jednak jedynie o tym, że reprezentant Holandii nie wystąpi na próbie, a zamiast tego zostanie odtworzony jego występ z półfinału. Wciąż jednak nie wiedzieliśmy tak naprawdę, o co chodzi. W sobotę z nieba spadła prawdziwa bomba w postaci decyzji o dyskwalifikacji Joosta. Oburzenie całego środowiska wyszło poza wszelkie skale. Pojawiły się głosy o możliwych bojkotach ze strony pozostałych uczestników. Holandia dostała czerwoną kartkę, choć nikt nie widział faulu.

Europejska Unia Nadawców zepsuła tegoroczną Eurowizję. W piątek zabrakło transparentności, informowania na bieżąco. Zamiast tego Internet obiegały niepotwierdzone informacje, które napędzały coraz większy zamęt. Gdzie podziała się zasada domniemania niewinności? Nie wiadomo, kiedy zakończy się śledztwo w sprawie Kleina prowadzone przez szwedzkie służby. Nic dziwnego, że fani zgromadzeni w arenie dawali upust negatywnym emocjom. Tak uwielbiany jeszcze przed rokiem Osterdahl został wybuczany i wygwizdany podczas finału. Występowi Izraela również towarzyszyła symfonia gwizdów, w tym przypadku jednak tłumiona brawami z taśmy. Nawet najbardziej pozytywna postać tej Eurowizji, prowadząca Petra Mede, wydawała się przytłoczona atmosferą panującą w sobotę i z trudnością przechodziły jej przez gardło słowa o „najwspanialszym show na świecie”, wypowiadane w towarzystwie rozsierdzonej publiczności.

Zawód względem oczekiwań

Wspomniane tło wydarzeń w Malmö mocno utrudniło odbiór finału. Po zakończeniu transmisji dominował jednak zawód. W końcu Szwedzi to prawdziwi eksperci do spraw Eurowizji. Wydarzenie z 2016 roku do dziś uważane jest za jedno z przełomowych i stawiane jako wzór. Tegorocznej edycji zdecydowanie bliżej było jednak do tej z 2013 roku, która odbywała się w tym samym mieście. Sobotniemu show zabrakło „tego czegoś”, czyli elementu, przez który zostałoby zapamiętane. Mocno rozczarowały interval acts, które były po prostu nijakie. Organizatorzy kompletnie nie wykorzystali potencjału okrągłej rocznicy 50-lecia zwycięstwa ABBY. Ponadto telewidzów nie zaczarowała zwyciężczyni z ubiegłego roku. W gościnnym występie Loreen zabrakło dynamiki, dwukrotna zwyciężczyni Eurowizji całe dwie piosenki przesiedziała na krześle. Sprawiło to, że jej obecność na scenie wydawała się trwać co najmniej pół godziny. Wyśmienite interval acts z drugiego półfinału rozbudziły nasze oczekiwania. Wówczas zostały zrobione ze smakiem. Natomiast w sobotę wydawało się, jakby organizatorom kompletnie zabrakło na nie pomysłu.

Zachwyciła za to wspomniana Petra Mede, szczególnie podczas półfinałów. Królowa Eurowizji, która prowadziła ją już po raz trzeci, pozłociła swój pomnik. Jej poczucie humoru trafiało do odbiorców, a żarty były w punkt. Poza tym, jak zawsze, urzekł jej dystans do samej siebie. Szwedzi nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali wprowadzić innowacji do eurowizyjnego świata. Taką była scena – w kształcie plusa, mocno wysunięta. Poziom realizacyjny był, niezmiennie dla tego kraju, na najwyższym poziomie. Można więc doszukać się pozytywów tegorocznej Eurowizji. Nie zasłonią one jednak minusów. Zdecydowana większość entuzjastów Konkursu Piosenki Eurowizji nastawiała się na niezwykłe doznania. W efekcie nie dostaliśmy co prawda kompletnej sieczki, lecz zdecydowanie nie był to poziom show choćby z Liverpoolu. Z pewnością nie było to wydarzenie, do którego będziemy wracać latami.

Prowadzące Malin Åkerman (z lewej) i Petra Mede (z prawej), fot. wikipedia

Nadzieja, a może jej brak?

Na koniec należy wspomnieć o samej warstwie muzycznej. Tegoroczna Eurowizja przyniosła niesłychane emocje związane z walką o zwycięstwo. Bukmacherzy, dając przed finałem ponad 50 procent szans na wygraną Chorwacji, mocno się pomylili. Baby Lasagna został bohaterem publiczności. Artysta, który pierwotnie nie załapał się do preselekcji w swoim kraju (wszedł jako rezerwowy po wycofaniu się jednego z uczestników) ostatecznie podbił serca fanów, zajmując drugie miejsce i wygrywając televoting. Okazało się jednak, że lepszą propozycję przygotowała Szwajcaria. Nemo został wyraźnym zwycięzcą głosowania jury, dostając więcej punktów niż choćby Loreen przed rokiem. Do tego swoim występem zaskarbił sympatię wielu widzów, co pozwoliło mu na triumf mimo przegrania w SMS-ach z największym konkurentem. Samo jury okazało się w tym roku niezwykle potrzebne, ratując EBU przed prawdziwym kłopotem. Byłoby nim zwycięstwo Izraela, który zajął drugie miejsce w głosowaniu telewidzów. Punktacje zawyżyła mobilizacja diaspory rozproszonej po całym świecie. Wróćmy jednak do zwycięzcy. Triumf Nemo cieszy, po prostu. Kolorowa, różnorodna Eurowizja, której zwycięzcy w ostatnich latach prezentowali kompletnie różne gatunki muzyczne, nie dała zapomnieć, że jest na niej miejsce dla ambitnych propozycji. Za taką z pewnością należy uznać „The Code”. Więcej popleczników u zwykłych zjadaczy chleba miała Chorwacja. Zwycięstwo Nemo sprawiło jednak przerzucanie się zwolenników i przeciwników na argumenty dotyczące stricte piosenki – bez hejtu i nieczystych zagrań. Żaden zwycięzca nie będzie pasował wszystkim. Tegoroczny triumf Szwajcarii pokazał jednak, że dobry zwycięzca (jakim bez wątpienia jest Nemo) potrafi wzbudzić szacunek, bez względu na reprezentowany gatunek muzyczny czy orientację seksualną. Po tak burzliwych dniach staliśmy się znowu zjednoczeni poprzez muzykę, jak głosiło (dość nietrafne w obliczu sprawy Joosta Kleina i Izraela) hasło tegorocznego konkursu.

Eurowizja 2025 w Chorwacji byłaby bardziej kolorowa. Do konkursu powróciłyby zapewne takie kraje jak Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, czy Macedonia Północna. Zwycięstwo kraju ze stolicą w Zagrzebiu wprowadziłoby więcej świeżego powietrza w środowisko eurowizyjne, w którym przez ostatnie lata było coraz bardziej duszno. Nie wiadomo natomiast, czy kraje bałkańskie zdecydują się na powrót w obliczu kolejnego konkursu w Szwajcarii. To będzie bez wątpienia o wiele droższe przedsięwzięcie. Szwajcarzy z pewnością mocno przyłożą się do organizacji tego wydarzenia – w końcu po raz ostatni gościli je jeszcze za czasów Celine Dion. Przyszłoroczna Eurowizja zapowiada się na spokojniejszą, bardziej kameralną w porównaniu do poprzednich edycji. A może taka właśnie jest potrzebna? Może pora postawić uczestników przed nowymi wyzwaniami?

Najbardziej wymowną sytuacją, najlepiej podsumowującą tegoroczną Eurowizję, pozostanie przypadkowe uszkodzenie trofeum przez Nemo na scenie. Na konferencji prasowej powiedział, że może EBU, podobnie jak statuetka, również potrzebuje naprawy. Okazją do niej będzie przyszłoroczny Konkurs Piosenki Eurowizji w Szwajcarii.