Życie jak w Madrycie, czyli jakie?

Barwny, wielokulturowy, gwarny, nowoczesny. Madryt to miasto XXI wieku, w którym poszanowanie dla tradycji i historii idealnie łączy się z postępem i innowacyjnością. Pani Ewa Baj od 20 lat mieszka i pracuje w stolicy Hiszpanii jako nauczycielka historii w polskich szkołach. Jak humanistce udaje się podtrzymać miłość do języka, kultury i historii Polski w kraju o tak odmiennej mentalności? Co ją zadziwia, a do czego zdążyła się przyzwyczaić, żyjąc w madryckim społeczeństwie? Czy tęskni za ojczyzną?

 

[K]arolina [P]aszek: Jaki jest Madryt?

[E]wa [B]aj: Jest przede wszystkim zbieraniną różnych narodowości, ale też pięknym miastem – ze swoimi wspaniałymi zabytkami, urokliwymi uliczkami, kawiarenkami, ze swoistym klimatem. Każdy może tu znaleźć coś dla siebie. Bardzo ważną częścią Madrytu jest Park Retiro, ogromny obszar zieleni znajdujący się w centrum miasta i przypominający trochę Central Park w Nowym Jorku. To niezwykłe miejsce o każdej porze roku. Jeżeli masz ochotę oderwać się od rzeczywistości, poobcować z ulicznymi grajkami, artystami, pospacerować romantycznymi alejkami, wypić kawę w przytulnej kawiarence – Park Retiro idealne się do tego nadaje. Ale są też w Madrycie dzielnice, w których lepiej wieczorem, w obawie o swoje bezpieczeństwo, nie przebywać.

K.P.: Pierwsze wydarzenie/wspomnienie, które kojarzy się Pani z początkiem pobytu w Hiszpanii to…?

E.B.: Wspomnienie, które bardzo często do mnie wraca to pierwsza wiosna spędzona w Madrycie. Przyjechałam do Hiszpanii w samym środku polskiej zimy, na początku lutego. Nie spodziewałam się takiego mrozu i śniegu jak w Polsce, ale nie liczyłam też o tej porze roku na letnie temperatury. Dwa tygodnie po moim przyjeździe rozpoczęła się piękna wiosna. Termometr wskazywał nawet do dwudziestu kilku stopni, za oknem cudowne, wielkie słońce i drzewa całe w pąkach. To był totalny szok. Można było poczuć się jak w raju. Mam ten obraz do dzisiaj przed oczami.

K.P.: Co Pani kocha, a czego nienawidzi w Hiszpanach?

E.B.: To, co urzekło mnie w nich najbardziej, to ogromny optymizm, radość życia i umiejętność korzystania z niego. Dla Polki, która przyzwyczajona była widzieć wokół siebie szarość, której towarzyszyło ciągłe narzekanie i zamartwianie się, Madryt i jego mieszkańcy okazali się oazą szczęścia. Hiszpanie odsuwają problemy na dalszy plan, żyją chwilą. I każdy, kto tutaj przyjeżdża, odnosi takie wrażenie. Poza tym są bardzo uczynni. Nie ma możliwości zgubienia się w Madrycie czy gdziekolwiek indziej, bo Hiszpan zaprowadzi cię za rękę do miejsca docelowego. To są rzeczy, które dostrzega się zaraz na początku pobytu w Hiszpanii. Jednak w miarę upływu czasu i bliższego poznawania mieszkańców Madrytu zaczynasz dostrzegać też inne strony tej pięknej rzeczywistości. Okazuje się, że ta wielka otwartość, chęć pomocy to tylko powierzchowność. Tak naprawdę są zapatrzonymi w siebie i swój kraj egoistami, są bardzo dumni ze wszystkiego, co dotyczy Hiszpanii. W mediach hiszpańskich jest to temat przewodni. Poza tym są narodem bardzo hałaśliwym – mówią dużo i głośno, bez względu na miejsce, w którym się znajdują. To bardzo irytujące. Utrzymanie porządku też nie jest ich mocną stroną. Miarę popularności każdego baru stanowi… ilość śmieci na podłodze; im więcej, tym bar jest lepszy. Kiedyś dochodziły do tego niedopałki papierosów, teraz to głównie serwetki, wykałaczki czy to, co spadnie z talerza. Totalny luz. Ale generalnie rzecz biorąc, pierwsze wrażenie, jakie wywierają na nas Hiszpanie, jest jak najbardziej pozytywne.

K.P.: Jest Pani pedagogiem z ponad trzydziestoletnim stażem. Nie jest to jednak typowa kariera nauczycielska, ponieważ od prawie 20 lat naucza Pani młodych Polaków poza granicami kraju. Są to dzieci i młodzież w różnym wieku, z różnym poziomem znajomości historii Polski. Jak wygląda ich kształcenie? Czy widać jakieś rozbieżności w przypadku porównania ze standardami nauczania w Polsce?

E.B.: Oczywiście, że widać i to całkiem spore. Zacznijmy od tego, że w Hiszpanii nie ma dziennej szkoły polskiej. Uczniowie uczęszczają do szkół hiszpańskich, realizują ich program, a w piątkowe popołudnia oraz soboty przychodzą, aby pouczyć się języka polskiego, polskiej historii czy geografii. Jeżeli dziecko nie chce chodzić do polskiej szkoły, nikt go tam na siłę nie zaciągnie. Podstawowym więc zadaniem nauczyciela jest zrobić wszystko, aby uczeń chciał w tej szkole pozostać. Jeżeli nauczyciel potrafi zainteresować przedmiotem, to może być pewny, że uczniowie wrócą. Do tego dochodzi jeszcze empatia, obiektywne podejście do każdego ucznia, zauważenie w nim człowieka, a nie tylko kogoś, kto chodzi do szkoły i ma same obowiązki; liczenie się z jego zdaniem etc. Ale to są, lub przynajmniej powinny być, cechy każdego nauczyciela w Polsce, Hiszpanii czy jakimkolwiek innym państwie. Następna różnica to sposób zwracania się uczniów do nauczycieli i osób dorosłych. W szkołach hiszpańskich nie ma formy proszę Pani czy proszę Pana. Uczniowie zwracają się do swoich profesorów po imieniu. Naprawdę trudno jest „przestawić” ich na polski sposób odnoszenia się do nauczyciela. Przekazywanie polskiej kultury szkolnej trwa właściwie przez cały okres edukacyjny. Kiedy zaczynałam pracę w polskiej szkole, a było to 19 lat temu, niewielu było uczniów urodzonych w Hiszpanii, teraz natomiast trudno jest znaleźć kogoś urodzonego w Polsce. Nowe pokolenie ma zupełnie inne spojrzenie na sprawy dotyczące naszego państwa, dzieci i młodzież bardzo często nie rozumieją, po co przychodzą do polskiej szkoły. To bardzo bolesne, ale prawdziwe.

K.P.: Co jest zatem najtrudniejsze w uczeniu historii Polski dzieci, które mieszkają poza granicami kraju?

E.B.: Najtrudniejsze jest to, że nie mogą tej historii „dotknąć”. Dla nich to trochę takie „opowieści z mchu i paproci”. W Polsce istnieje możliwość zabrania uczniów do muzeum, pokazania eksponatów na żywo. Każdy uczeń w Polsce jest niemal otoczony historią, łatwiej mu więc ją zrozumieć. Może też poszerzyć swoją wiedzę, korzystając z zasobów bibliotecznych. Tutaj uczeń bazuje na tym, co przekaże mu nauczyciel, co znajdzie w Internecie czy usłyszy w telewizji, jeżeli oczywiście ma polską telewizję. Dużym utrudnieniem jest także fakt, że uczniowie na co dzień posługują się językiem hiszpańskim. Nie wszystkie słowa i wyrażenia w języku polskim są dla nich zrozumiałe, mimo tego, że używają ich w mowie potocznej. Dlatego też bardzo często muszę tłumaczyć z „polskiego na polski”, aby mieć pewność, że przekazywana wiedza trafia do uczniów.

K.P.: Które postępy Pani podopiecznych cieszą najbardziej?

E.B.: Dla mnie każdy, najmniejszy nawet postęp to powód do radości. Nie zapominajmy, że szkoła polska jest tą drugą, a mimo to są tacy, którzy mają naprawdę duże ambicje. Mówię tutaj o młodzieży gimnazjalnej czy licealnej. W ciągu tych kilkunastu lat pracy w Hiszpanii miałam przyjemność pracować z wieloma prawdziwymi pasjonatami historii. Cieszy mnie, kiedy młodemu człowiekowi zależy na pogłębieniu swojej wiedzy na temat przeszłości Polski, na zrozumieniu historii naszego kraju. Moi uczniowie byli laureatami konkursów międzyszkolnych, jedna z uczennic została laureatką międzynarodowego konkursu „Być Polakiem”. Ale to przede wszystkim zasługa ich ciężkiej pracy, ambicji i wytrwałości. Ja mogłam tylko pomóc w przygotowaniach, doradzić czy odpowiednio nimi pokierować. Dla nauczyciela pracującego poza Polską jest to ogromny sukces, to dowód na to, że to, co robi, ma sens, że jego praca daje efekty. Powód do radości stanowi również fakt, że dziecko w czwartej czy piątej klasie potrafi zaśpiewać z pamięci dwie zwrotki polskiego hymnu, że uczniowie chcą opowiadać o Polsce i jej historii swoim hiszpańskim kolegom, że dzięki posiadanej wiedzy mogą wzbogacać lekcje historii w szkołach hiszpańskich. To małe rzeczy, ale dają dużą satysfakcję.

K.P.: Jak humanistka taka jak Pani odnajduje się w tak odmiennym kulturowo kraju?

E.B.: To kwestia przyzwyczajenia. Na początku było łatwiej, bo wszystko było nowe, inne niż w Polsce. I sama chęć poznania tego nowego sprawiała, że tak bardzo mi to odpowiadało. Nigdy też nie myślałam, że tak długo „zabawię” w Hiszpanii. Dopiero z czasem, kiedy wchodzi się w to inne życie, kiedy poznaje się obce zwyczaje, dostrzega się różnice, z którymi nie zawsze jest się łatwo pogodzić. Ja pozostaję wierna naszej polskiej kulturze, naszej tradycji, ale jednocześnie staram się też wplatać w moje życie to, co poznałam w Hiszpanii. To całkiem naturalny proces, jeżeli chcesz się zasymilować i nie uchodzić za totalnego odszczepieńca.

K.P.: Więc Hiszpania to dom? Druga ojczyzna? Miejsce pracy?

E.B.: Hiszpania jest dla mnie miejscem tymczasowego zamieszkania, miejscem pracy. Nigdy nie myślałam o niej jako mojej drugiej ojczyźnie. Poza tym nie wyobrażam sobie, żebym mogła zapomnieć o tym, co wyniosłam z domu rodzinnego; o tym, czego sama doświadczyłam, będąc dzieckiem – strajki, powstanie Solidarności, stan wojenny, kolejki po reglamentowaną żywność, wybór Polaka na papieża itd. Mimo że niewiele wtedy rozumiałam z tego, co dzieje się wokół mnie, że w szkole nie przedstawiano nam faktów takimi, jakie były, te wydarzenia powodują, że zawsze będę się z nimi utożsamiać. A to z kolei nie pozwala mi zapomnieć, kim jestem i gdzie jest moja ojczyzna.

K.P.: Mając na uwadze dom i ojczyznę, czego polskiego brakuje Pani w hiszpańskiej codzienności?

E.B.: To, czego brakuje mi najbardziej, to moi najbliżsi. Oczywiście w każdej chwili mogę wybrać numer i zadzwonić, ale to nie to samo. Brakuje mi całej atmosfery, która towarzyszy przygotowaniom do świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiejnocy i która powoduje, że są one wyjątkowe. Hiszpanom jedne święta kojarzą się z gorączką zakupów, a drugie z wyjazdem na plażę. To jest coś, do czego ja osobiście nigdy się nie przyzwyczaję. Brakuje mi też takich oznak wiosny, jakie możemy obserwować w Polsce – konwalie, kaczeńce, przylatujące bociany i ten wyjątkowy, wiosenny zapach. Na początku brakowało mi także polskiego chleba, polskiej kiełbasy czy ogórków kiszonych, ale teraz są sklepy i hurtownie z polskimi produktami i w każdej chwili możesz kupić to, na co masz ochotę.

K.P.: Na pewno istnieją w Hiszpanii stereotypy o Polakach. Co mieszkańcy kraju corridy i obowiązkowej siesty sądzą o Polsce i jej mieszkańcach?

E.B.: Hiszpanie postrzegają Polaków jako dobrych pracowników, cenią naszą pracowitość i rzetelność. Podziwiają nas za łatwość w przyswajaniu języków obcych, ale widzą nas także jako naród bardzo zamknięty w sobie, tzn. według nich jesteśmy ostrożni w nawiązywaniu bliższych kontaktów, nie potrafimy swobodnie wyrzucić z siebie ani tego, co nas boli, ani naszej radości. Jesteśmy bardzo powściągliwi. Jeśli chodzi o stereotyp Polaka, to jest on, jak podejrzewam, taki sam, jak w każdym innym kraju: tam, gdzie leje się wódka, muszą być Polacy. I nie ma znaczenia, że to już nie są tak częste przypadki, że „palmę pierwszeństwa” odebrali nam Rosjanie i Ukraińcy. Zawsze będziemy tymi, którzy lubią pić bez umiaru. (śmiech)

K.P.: Czego nauczyli Panią Hiszpanie?

E.B.: Hiszpanie mają jedną zasadę, do której zaczynam się powoli przekonywać: życie jest po to, żeby się nim cieszyć i z niego korzystać, a nie zamartwiać się. Jest ono zbyt krótkie, aby pozwolić sobie na ciągły stres. Żyjmy więc dniem dzisiejszym, czerpmy garściami z tego, co nam zostało dane, a świat wyda się wtedy całkiem znośny.

K.P.: To fantastyczne podsumowanie dzisiejszych czasów, które swą zmiennością i szybkością przemian powodują u nas poczucie ciągłego biegu.

E.B.: To prawda. Może Hiszpanie mają w sobie coś z filozofów? (śmiech)

K.P.: Czego życzyć Polce mieszkającej w kraju, w którym wciąż trwa siesta?

E.B.: Tego, co najważniejsze – zdrowia i wewnętrznej siły.

K.P.: A co z Pani marzeniami?

E.B.: Jakie mam marzenia? Dożyć setki, wrócić do Polski i zacząć życie od nowa… A ponieważ marzenia wcześniej czy później się spełniają, mam cudowną wizję przed sobą.

Autor: Karolina Paszek

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Rzeszowskim. Pisarstwo i rysunek są nieodłączną częścią jej życia. Kocha podróże, w których nie zawsze najważniejszy jest cel, ale sama podróż i przyjaciele, z którymi w nią wyrusza.

Dodaj komentarz