
,,W starym Wiedniu”- podróż w czasie, z której nie chce się wracać
W dniu 10 marca o godzinie 17:00 w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rzeszowie, w filii nr 6, odbył się wieczorek autorski Pauliny Rabczak. Na co dzień jest studentką zarządzania biznesem na Uniwersytecie Wiedeńskim oraz pracowniczką Opery Wiedeńskiej. Jest również pisarką zakochaną w historii i kulturze dawnej Austrii. Uczęszczała do IX Liceum Ogólnokształcącego w Rzeszowie, a dziś na swoim koncie ma już dwie wydane książki: ,,W starym Wiedniu” oraz ,,Wiedeńska melodia”, na których nie poprzestaje. Oto rozmowa z tą młodą, utalentowaną autorką.

Paulina Rabczak, Fot. IX Liceum Ogólnokształcące z Oddziałami Dwujęzycznymi/Facebook.Jak się czujesz? Jakie odczucia towarzyszą Ci po tym pełnym wrażeń wieczorze autorskim? To pierwsze takie spotkanie? A może już wcześniej dzieliłaś się z publiką swoją twórczością w tej formie?
To był już kolejny raz. Miałam wcześniej spotkania na Uniwersytecie Rzeszowskim. Zostałam również zaproszona do mojego ówczesnego liceum przy okazji premiery pierwszej książki. Zarówno dziś, jak i w tamtych przypadkach, czuję się naładowana pozytywną energią!
W jaki sposób wykiełkowało w Tobie zainteresowanie XIX wiekiem? Jacy są twoi ulubieni autorzy tamtych czasów, którymi się inspirowałaś?
Zawsze bardzo lubiłam historię. I uwielbiałam o niej czytać. Zaś XIX wiek stał się obiektem moich zainteresowań w późniejszym etapie mojego życia. Generalnie lubię większość epok literackich. Ostatnie czasy też są ciekawe, ale są także straszne, dlatego zbytnio nie lubię czytać o Zimnej Wojnie czy o II wojnie światowej. Natomiast XIX wiek… Myślę, że gdzieś ta epoka zawsze mi się bardzo podobała. Jak byłam mała, to uwielbiałam te wszystkie piękne suknie z filmów o tej epoce. Pamiętam, że oglądałam wtedy film o księżniczce Sissi z Romy Schneider. Ponadto od końca szkoły podstawowej w moim życiu była także opera i literatura. Później brałam udział w olimpiadach historycznych. Zaczytywałam się lekturami historycznymi stricte z tego czasu, jednakże nie jestem w stanie wskazać jednego, konkretnego czynnika.
Jeśli chodzi o autorów, to jest ich paru. Uwielbiam Puszkina, a inspiracja nim będzie widoczna w kolejnej książce, mianowicie pojawi się tam egzemplarz „Eugeniusza Oniegina”, który wiele zdradzi bohaterom. Uwielbiam też „Wojnę i pokój” Tołstoja. Cenię również twórców brytyjskich. Ostatnio czytam Thomasa Hardy’ego, a także siostry Brontë. Z francuskich autorów podziwiam zaś Balzaca czy Dumasa. Czyli taką w sumie naszą żelazną europejską klasykę.
Natomiast polskimi autorami zainteresowałam się dopiero niedawno. Jednak w tym przypadku o wiele bardziej podoba mi się XX wiek.
Kto konkretnie?
Lubię literaturę rozrywkową, której przykładem mogą być dzieła Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Interesuję się również twórczością Witkacego, który był autorem bardziej artystycznych utworów.
A jak powstała Twoja książka? Opowiedz nam o tym procesie. Tworzyłaś szczegółowy plan czy pisałaś ją w przypływie natchnienia?
To było tak pół na pół. Ułożyłam sobie plan: co ma się wydarzyć i do czego ci bohaterowie mają dążyć. Natomiast niektóre kwestie powstawały na bieżąco. Po napisaniu trochę pozmieniałam, przykładowo dwójkę bohaterów uśmierciłam w pierwotnej wersji. Potem stwierdziłam, że to jest jednak dosyć przygnębiające i za bardzo drastyczne, dlatego zdecydowałam, że pozwolę im żyć.
Na co dzień mieszkasz i studiujesz w Wiedniu. Czy mieszkanie w stolicy Austrii w jakimś stopniu natchnęło Cię do napisania książki? Istnieją jakieś szczególnie bliskie Ci miejsca, które Cię zainspirowały?
Książkę pisałam jeszcze mieszkając w Rzeszowie. Ale już wtedy wiedziałam, że najprawdopodobniej – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – będę mieszkała w Wiedniu. Byłam tam wcześniej kilka razy. W tym czasie bardzo interesowałam się tą kulturą. Oglądałam między innymi transmisje z Opery Wiedeńskiej w czasie COVID-u. Moja fascynacja Wiedniem zaczęła się po obejrzeniu filmu „Trzeci człowiek” z lat 40. To absolutnie jeden z moich ulubionych filmów. Akcja toczy się w powojennym, zrujnowanym Wiedniu. To nadaje całemu filmowi wyjątkowy klimat. Po seansie strasznie męczyłam moich rodziców, żebyśmy pojechali do Wiednia. I faktycznie: pojechaliśmy tam jakoś pół roku później. Potem byłam jeszcze raz i wówczas zapragnęłam tam studiować.
Oglądałam wiele zdjęć, filmów, dużo czytałam na temat Wiednia. Jednak dopiero mieszkanie tam sprawiło, że zrewidowałam trochę tę książkę, bo dowiedziałam się różnych ciekawych rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Na pewno bardzo inspirowała mnie opera, która w pewnym momencie stała się moim ulubionym miejscem. Bardzo lubię Kościół św. Piotra, gdzie też zaczyna się druga część.
Niektóre miejsca poznałam na późniejszym etapie pisania książki, gdy już mieszkałam w Wiedniu i redagowałam książkę na potrzeby wydawnicze. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że są takie lokalizacje, które były stricte związane z jakimś konkretnym rzemiosłem.
Postać Katy, która jest modystką, ma swój sklep w miejscu, gdzie znajdowały się największe domy handlowe. Dzisiaj, w szóstej dzielnicy na Mariahilfer Straße, jest tu ulica handlowa.
W jaki sposób praca w operze wpłynęła na Twoją twórczość? Zauważasz jakieś powiązania tych dwóch obszarów twórczych?
Na pewno w jakiś sposób zbliżyło mnie to do opery, do tego świata. Znam w ogóle więcej oper. Mam większe rozeznanie w tym, jak bardzo różnorodną dziedziną sztuki jest opera. Często wydaje nam się, że wszystkie opery są o tym samym, a to wcale nie jest prawda.
Wpłynęło to też na to, że w każdej książce musi pojawić się wizyta bohaterów w operze. W pierwszej części takich scen jest kilka, w drugiej jest jedna większa. Dzięki temu opisy są bardziej szczegółowe, bo wiem już, jak to wygląda zarówno ze strony gościa, jak i od strony obsługi.
Mam też okazję w czasie pracy – nawet jeśli teoretycznie nie oglądam spektaklu, bo muszę coś zrobić – posłuchać go i zobaczyć różne punkty widzenia odnoszące się do przedstawienia. To bardzo otwiera głowę.
Główną bohaterką jest Klara. Czy jako autorka zawarłaś w tej postaci choć małą część siebie?
Na pewno! W każdym z głównych bohaterów zawsze zostawiam coś od siebie. Klara na przykład jest bardzo pyskata, tak jak momentami ja. Do końca walczy o swoje. Jest silnym charakterem. Ja też mam silny charakter – niestety albo stety. Ona bardzo lubi kłócić się z ludźmi i wywoływać konflikty. Ja czasem też taka jestem, ale mam nadzieję, że w jak najmniejszym stopniu. W Klarze można również dostrzec pasję do sztuki. Jednak ona tworzy muzykę, a ja książki, powieści. Natomiast gdzieś to wszystko się pokrywa. Na pewno jest mi bardzo bliska w tym sensie, że rozumiem jej rozterki jako artystki.
Czyli Twoja postać, Klara, jest charakterna?
Tak, zdecydowanie! Aż za bardzo momentami. Mogłaby być trochę grzeczniejsza, ale to się później trochę zmienia. Życie daje jej w kość, przez co zmienia się w kolejnych książkach.
Podobno Twoja pani redaktor hamowała jej postać, bo była zbyt wyemancypowana, jak na tamte lata. Czy bardzo musiałaś ją stopować w fabule?
Myślę, że nie aż tak bardzo. Jestem już na tyle oczytana w tych tematach, że wiem, na co ona może sobie pozwolić. Ale czasami bywa to trudne, bo mamy zupełnie inną mentalność i ciężko jest przełożyć ją na przeszłość. To, co dziś wydaje nam się normalne, wtedy było czymś skandalicznym albo nieodpowiednim. Nie było tego dużo, ale czasami pani redaktor faktycznie musiała mi powiedzieć „stop”.

A bardzo zmieniałaś fabułę, kiedy pisałaś książkę?
Poza tym, że ostatecznie nie zabiłam tych dwóch bohaterów, wiele się nie zmieniło. Trochę zmodyfikowałam poboczny wątek z adoratorem Klary, za którego jej ojciec chce ją wydać, bo jest bogaty i pochodzi z dobrej rodziny. W pierwszej wersji okazywało się, że był przestępcą, nawet mordercą, a Klara odkrywała to razem ze swoją kuzynką. Później jednak zrezygnowałam z tego wątku i zrobiłam z niego po prostu typowego mężczyznę swojej epoki, z którym Klara nie chce być, bo jego poglądy nie zgadzają się z jej przekonaniami.
Nie chce zostać wydana za mąż wbrew swojej woli. Chce tworzyć, zajmować się sobą. Pierwotnie w ogóle nie planuje małżeństwa, bo uważa, że ograniczałoby ją to jako kobietę. Później jednak zmienia zdanie – dochodzi do wniosku, że gdyby spotkała miłego mężczyznę, z którym dobrze by się jej rozmawiało, to mogłaby wziąć z nim ślub. Ale sama musiałaby go wybrać.
Stwierdziłam też, że jeśli kandydat wybrany przez ojca byłby dodatkowo przestępcą, to wątek traciłby swoją siłę. To przecież oczywiste, że żadna kobieta nie chciałaby wyjść za takiego mężczyznę. Tu bardziej chodzi o podkreślenie, że ona nie chce wyjść za kogoś, kto jest jej narzucany. Nawet jeśli nie jest on jakąś negatywną postacią, tylko po prostu mężczyzną swojej epoki. Ona mogłaby trafić gorzej, ale chodzi o podkreślenie tego, że zwyczajnie nie chce być do niczego zmuszana. Chce, żeby to był ktoś, kogo sama wybierze – albo nikt.
Napisanie książki, zwłaszcza dla studentki, to bardzo duże osiągnięcie. Naprawdę Cię podziwiam! Jak wyglądał proces wydawniczy? Kiedy trzymałaś ją pierwszy raz w rękach? Jakie towarzyszyły temu uczucia?
W procesie wydawniczym najważniejsza jest cierpliwość, bo często zajmuje to bardzo dużo czasu. Nie wszystko jest od nas zależne. Samo napisanie książki – jeśli ma się odpowiednio dużo czasu wolnego i pomysł – to kwestia kilku miesięcy. Zwłaszcza, jeśli nie trzeba przeprowadzać przed tym obszernego researchu. Do kolejnych części nie robię już bardzo dużej kwerendy historycznej, bo znam te realia i wiem o czym piszę. Zazwyczaj siadam i ewentualnie doczytuję konkretne rzeczy, które są jeszcze potrzebne.
Potem trzeba dać książce najpierw poleżeć kilka miesięcy, czasami nawet pół roku, żeby zmieniła się perspektywa, bo autor po napisaniu nie widzi błędów. Dla niego wszystko wydaje się perfekcyjne i piękne. Po prostu na początku nie widać jakichkolwiek niedociągnięć. Da się je zauważyć dopiero po kilku miesiącach. Można wtedy poprawić jakieś nieścisłości w fabule, problemy ze stylem, itp. Ja sama potrzebuję zazwyczaj miesiąca lub dwóch, żeby tę książkę później doprowadzić do takiego stanu, w którym wysyłam ją do wydawcy. Oczywiście zależy to również od tekstu, jego długości i tego, jak mi poszło pisanie pierwszego draftu.
Później to już działalność wydawnictwa. Ja teraz jestem w komfortowej sytuacji, bo mam swojego wydawcę. Wysyłam mu swoje książki i on sobie to ocenia. Mam priorytet w stosunku do osób, które jeszcze nie są w tym wydawnictwie. Musi jednak minąć trochę czasu, zanim to zostanie przeczytane i zapadnie decyzja, czy w ogóle chcą to wziąć i czy ma to szansę się sprzedać.
W moim przypadku – jako debiutantki – minęły trzy lata, zanim znalazłam swojego wydawcę. Potem jest dużo czekania, aż nadejdzie moment, kiedy wydawca ma dla autora miejsce w planie wydawniczym. Ale później idzie to już bardzo szybko. Ten proces, przynajmniej w moim przypadku, zawsze trwa około dwóch miesięcy. Wtedy spotykam się z redaktorką, omawiamy książkę i poprawki. Później mam zazwyczaj około tygodnia lub dwóch na naniesienie poprawek. Czasem oznacza to siedzenie trzy dni z rzędu tylko nad tą książką, nie robiąc niczego innego. I potem właśnie zaczyna się korekta, skład i łamanie. W tym procesie ja już nie biorę za bardzo udziału, jeszcze dostaję zawsze tekst do wglądu. Redaktorka, korektorka czy osoby zajmujące się łamaniem widzą ten tekst po raz pierwszy i zauważają błędy, których ja już nie dostrzegę.
Potem zaczyna się kampania. Od momentu wysłania przeze mnie książki do wydawcy, mija – zanim ona się ukaże – przynajmniej pół roku. To wszystko zajmuje trochę czasu.
Przy pierwszej książce nie mogłam tak do końca uwierzyć w to, co się dzieje. Towarzyszyła mi momentami obojętność. Było tak dużo emocji związanych z przechodzeniem po raz pierwszy przez cały ten proces wydawniczy, że mnie to wszystko bardziej pochłaniało niż sam fakt wydania książki. Powinnam się tym cieszyć, jednak bardziej było to zmęczenie całym procesem. Dopiero przy drugiej książce czułam taką prawdziwą radość.
Dla mnie najbardziej męcząca jest promocja, bo trzeba ją dobrze przeprowadzić. Trzeba pisać wiele postów i tekstów. Oczywiście współpracuję z moją opiekunką PR-ową, ale robimy to razem i to też jest męczące, bo jeśli promocja nie będzie odpowiednia, książka może zginąć i nikt jej nie zobaczy. A przecież każdy chce, żeby jego książka sprzedała się jak najlepiej i żeby było jej jak najwięcej.
Czy czujesz radość tworzenia pisząc z deadline’em?
Momentami już nie. Zależy to od tego, jak rozłożę sobie pracę. Jeśli zaczynam wystarczająco wcześnie, cieszę się tym i staram się nie myśleć o terminach. Przy ostatniej książce źle rozłożyłam czas, przez co przez pierwsze miesiące byłam zbyt zmęczona.
Mówiłaś, że miałaś wywiad w Warszawie – czy promowałaś swoją książkę także w innych miastach poza Rzeszowem?
Tak, część tych wywiadów odbywała się właśnie dzięki wydawcy. Na tyle, na ile mogli mi pomóc, wysyłali książkę i załatwiali różne wywiady. Przy drugiej powieści pojawił się na przykład materiał w TVP Łódź. Miałam też dwie rozmowy w Radiu Dla Ciebie w Warszawie, więc trochę tego było.
Oczywiście trzeba też samemu angażować się w promocję i organizować różne spotkania, bo wydawca nie jest w stanie zrobić wszystkiego w całej Polsce. Jednak tyle, ile mogą, włączają się w to wszystko, co i tak jest super – to zaangażowanie pomaga w rozpromowaniu mnie. Wszyscy czerpiemy z tego korzyści, więc dobrze, że wydawca działa razem ze mną.
Są jednak również tacy wydawcy, którzy się w to nie angażują. Jest to bardzo przykre. Gramy przecież do jednej bramki – zarówno ja, jak i wydawca. Cały zespół musi się postarać, żeby to się udało. Bez nich nie byłoby książki, ale beze mnie oni też nie mogliby działać. Żadna ze stron nie poradzi sobie z tym wszystkim sama.
Zachęcamy do lektury książki Pauliny Rabczak:
https://www.empik.com/w-starym-wiedniu-paulina-rabczak,p1511525031,ksiazka-p
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5124135/w-starym-wiedniu




Wieczorek autorski. Fot.: Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Rzeszowie/Facebook
Zobacz również

Zima zaskoczyła… wszystkich
2 lutego 2026
Od kontroli do wolności: Jak powstają i jak pokonać zaburzenia odżywiania
20 maja 2025