Artykuł,  Felieton,  Recenzja

Zło przejawiające się przez wieki, czyli o „Draculi” słów kilka

Skąd w ludziach tyle zła? Nie wiem. Zadam jednak inne pytanie – ile trzeba wycierpieć, żeby stać się złoczyńcą? Musical Dracula wystawiany w Teatrze Muzycznym w Łodzi pokazuje prostą odpowiedź. Gdy tracisz wszystko, nie jest trudno o załamanie, a co za tym idzie, na stanie się czarnym charakterem w czyjejś historii.

Spektakl, który swoją premierę miał 18 maja 2024 r., doczekał się bardzo wielu pozytywnych opinii w social mediach. Chwalona jest przede wszystkim muzyka – spora liczba osób w komentarzach wskazuje, że czeka na płytę z utworami. Między innymi te opinie sprawiły, że gdy tylko pojawiła się okazja, bez zastanowienia zgodziłam się pojechać do Łodzi i szybko kupiłam bilety. Jak się okazało, widok z naszego miejsca był cudowny, więc nie pożałowałam.

Z perspektywy widza

Mimo że jeszcze wcześniej nie planowałam, aby ten tekst był recenzją, to chcę omówić to, co zobaczyłam. Scenografia, animacje i ruch sceniczny zrobiły na mnie wyjątkowe wrażenie – bardzo umiejętnie zrobione, choć wielu wymagającym osobom mogły wydawać się zbyt proste. Wszystko było przemyślane, a przynajmniej takie robiło wrażenie. Jako ciekawostkę dodam, że nie tylko w mojej głowie (wiem, że u mojej mamy też) pojawiły się obawy, że ktoś z obsady wpadnie do orkiestronu przez dziurę w scenie, ale bezpodstawne. Kostiumy i charakteryzacja idealnie oddawały klimat i charakter postaci – doszło nawet do tego, że w pewnym momencie, zamiast się bać, pomyślałam, że ta pani ma piękną sukienkę. Śmieszne, nie?

Gra aktorska była bardzo przekonująca. Nie widziałam aktorów odgrywających swoje role, widziałam autentyczne, przekonujące postacie. Jak inaczej wyjaśnić fakt, że po prologu z moich oczu popłynęły łzy? Na szczególną uwagę zasługuje Janusz Kruciński wcielający się w tytułową postać. Co on robił ze swoim głosem? Jak to jest możliwe, żeby raz mieć taki młody, rześki głos a za chwilę wcielać się w rolę starca, który mówi w bardzo specyficzny sposób? Ostatnia piosenka w jego wykonaniu sprawiła, że miałam ciarki na całym ciele i pokazała mi prawdziwe oblicze Draculi – z jednej strony kogoś porywczego, sprytnego i szalenie inteligentnego, z drugiej natomiast kogoś bardzo samotnego, kogoś, kto – mimo upływu czasu – nie może znaleźć tej swojej ukochanej i przeznaczonej, z którą spędzi całą swoją nieśmiertelność.

Kwestie dające do myślenia

No właśnie, nieśmiertelność. Umiejętność przeżywania wieków, widzenia różnych historycznych zdarzeń jest czymś, co może fascynować. Tak naprawdę historia Draculi zaczyna się w 1462 roku. Na polu bitwy spotykają się przywódcy wojsk muzułmańskich i chrześcijańskich – sułtan i Vlad, który potem stanie się wampirem. Kiedyś byli przyjaciółmi, teraz wrogami. To właśnie ta relacja doprowadza do przemiany – chcąc ratować swój ród i jego renomę, główny bohater wypija krew zabitych tureckich wojowników. Nie myśli, że w ten sposób skazuje się na potępienie. Jego ukochana żona, Elisabeta, uświadamiając sobie, jakie mogą być konsekwencje, popełnia samobójstwo.

Tu można zadać sobie pytanie, które zostało postawione już w tym tekście: ile można wycierpieć, zanim człowiek stanie się złoczyńcą i wyrzeknie się wszystkiego, co jest mu bliskie i za co zaryzykuje swoje życie? To samo tyczy się każdego z wampirów – wszyscy mają własną historię. Ujawnia się tam ogromna ilość cierpień i chęć zemsty za krzywdę, której doznali. Inne wieki, inne wydarzenia historyczne. Nie oszukujmy się, od 1462 roku do 1911 roku upływa 449 lat, a co za tym idzie to kilka/kilkanaście a może i więcej pokoleń. Co za tym idzie – więcej emocji takich jak pogarda czy nienawiść.

Prawdziwa miłość zwycięży jednak wszystko. Coś w tym jest. Dracula cały czas ma w swojej rezydencji portret jego prawdziwej miłości, Elisabety. Widać, że za nią tęskni i nigdy sobie nie darował jej utraty. Gdy po latach pojawia się dziewczyna łudząco podobna do niej, wykorzystuje każdą możliwą okazję, by ta stanęła u jego boku. Wie jednak, że ta jest zaręczona z innym. Aczkolwiek to miłość kruszy lód w jego sercu – tylko że to uczucie łączy tą, którą miłował, i jej męża. Przez to wampir zrzeka się swojego istnienia, odchodząc w brzask wschodzącego słońca. Tu idealnie pasuje stwierdzenie, że kto nie cierpiał w nocy, nie wie, jak to jest czekać na świt…

Podsumowanie

Muszę poruszyć w tym wszystkim jeszcze jedną, krótką już kwestię. Mianowicie chodzi mi o wiele nawiązań do innych tytułów z tego gatunku. Mam nieodparte wrażenie, że twórcy inspirowali się takimi spektaklami jak Piloci czy Upiór w Operze – przynajmniej to udało mi się wyłapać. Mimo wszystko polecam, jest to coś wartego zobaczenia i zachwycenia się.

Studentka 2 roku 2 stopnia dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Prywatnie fanka musicali, siatkówki oraz skoków narciarskich. Ostatnio mój ulubiony bohater to hrabia Dracula.