
Diety
Każdy etap życia składa się z jakiejś konkretnej diety. O maluchach nie będę tu za dużo pisać. Mają wykształcone pięć kubków smakowych, zjedzą wszystko, jak leci, oprócz kaszki i warzywek – ,,ble, jak mama może próbować mnie otruć?!”. Kamyki, pieniądze, ziemia, podejrzany obiekt wykopany z piaskownicy. Sama słodycz. Taka “dieta” wzmacnia małolata, w końcu “co go nie zabije, to wzmocni”. Chyba że mówimy o łykaniu kostek do toalety, ale to już wersja ekstremalna.
Ten dzieciak z czasem przekształca się w przedstawiciela podgatunku – nastolatka. Oni mają już więcej wykształconych kubków smakowych i zaczynają stosować różne diety. Niektórzy wpadają w wir fastfoodowy, inni odkrywają kuchnię azjatycką, inni walczą o prawa zwierząt i zostają weganami/ wegetarianami, czy jeszcze inną odmianą, której nie pojmują nasze babcie. To w tym wieku określamy, co lubimy, stawiamy pierwsze kroki w kuchni. Jedni wchodzą w pełnoletniość z jakimiś zdolnościami kulinarnymi, a inni nie przechodzą przez level zaparzania herbaty. I nie chodzi mi tu o jakieś ceremoniały.
Studia natomiast dają możliwości pogłębienia umiejętności kuchni nuklearnej. Student właśnie wtedy poznaje swojego najlepszego przyjaciela – mikrofalówkę. To właśnie ona podgrzewa klops od mamy, pierogi, kotleta itd. itd.
Wraz z rozpoczęciem roku rozpoczyna się symfonia otwieranych słoików w najróżniejszych częściach akademików i rzeszowskich blokowisk. W tym okresie nikt nie narzeka. Tutaj chodzi o przetrwanie. Nie próbujcie gotować pierogów w czajniku, zainwestujcie w garczek albo ukradnijcie mamie. Może nie zauważy.
20+ to świetne lata. Wtedy naprawdę zaczynamy odkrywać siebie. Poznajesz swoje możliwości, odnajdujesz drogę we własnym życiu, zakładasz pierwsze biznesy. To jest ta idealna wersja, którą można oglądać na Instagramie. Ta rzeczywista wersja jest taka, że każdy ma cię gdzieś, może oprócz mamy. Ona raczej cię kocha. Kolejny rok będziesz się męczyć na gówno kierunku, na gówno uczelni, którą sam wybrałeś. W tym samym czasie myśląc o tym, że twoje młodsze rodzeństwo będzie mieć lepsze życie od ciebie. To oni będą finansować wyjazdy waszych rodziców na Bora Bora i twój zasiłek dla bezrobotnych. Twoja dieta będzie składać się z papierosów, mrożonek, piwa albo wina. Jakoś trzeba się nad sobą użalać, a najlepiej robić to z klasą.
Lata 20. twojego życia mogą przynieść jeszcze, jakże pożądaną, dietę szpitalną. Okazuje się, że po dwudziestce zaczynasz się sypać jak marzenia twoich rodziców, że będziesz kimś wielkim. Dlatego teraz leżysz na sali z numerem 303 i poganiasz sekundy. Zostajesz Magdą Gessler – edycja szpitalna. Oceniasz te niedosolone ziemniaki, przeraźliwie białego kurczaka, w rotacji jest jeszcze klops, który patrzy się na ciebie i myśli, jak uciec z twojego plastikowego pudełka. To nie wszystko, co teraz spożywasz. Jest czekolada, winogrona, ciastka, musy owocowe, wszystko tylko po to, żeby cukier utrzymał się ponad 70. Więc teraz jesteś już na trzecim wenflonie, bo dwa wcześniejsze nie zadziałały właściwie. Poziom skucia obu rąk jest taki, że prawdziwy narkoman mógłby zbić ci pionę i zapytać – Co stosujesz? Odpowiedź – 0,5 l glukozy. Palce wyglądają bardziej jak sitko, biorąc pod uwagę, że co parę godzin sprawdzają czy znajdujesz się na odpowiednim pułapie. Jak jest za mało to musisz jeść i jeść, i jeść, jeśli nadal się nie podniosło to władują ci glukozę w żyłę i widzimy się za godzinę.
Najlepsze jest to, że odrobina stresu i już po tobie. Wszystko leci z powrotem do poziomu, który według mądrych podręczników pokazuje, że nie żyjesz.
Więc wracamy do punktu wyjścia. Wszystko przez stres. Moja własna diagnoza, teraz tylko wypis proszę i receptę na leczniczą marihuanę. Problem rozwiązany. Z takim zakończeniem tej szpitalnej przygody zaczynasz nową dietę, narkotyczną i to jeszcze z receptą. Coś pięknego.
Ledwo zanurzyłam palce w tej dorosłości i już mam jej dość, co to będzie dalej? Wróżyłam sobie, że umrę po czterdziestce, teraz wydaje mi się, że kostucha przyjdzie wcześniej.
Może rozwiązanie jest prostsze niż mi się wydaje. Tata powtarza, tym spokojnym ojcowskim tonem – To się nie stresuj. Ja nie jestem prawie 100-letnią panią Halinką nie komunikującą się ze światem, z pokoju obok. Ja w porównaniu do niej planuje ucieczkę przez okno na skrzydłach przesiadującego w nim gołębia.
Ile minut w godzinie, a sekund w wieczności – na pewno wymyślił jakiś stały bywalec szpitali.
W kolejnych latach odblokowujesz nowe poziomy, niektóre prawdziwe, inne zdiagnozowane przez ChatGPT. Okaże się, że masz nowotwór, świąd, bezobjawową ospę wietrzną. Każdy może cię żałować. Rozmowę ze znajomymi będzie zaczynać się od wymieniania tego, co kogo boli, na zasadzie kto da więcej. Po raz kolejny będziesz wymieniać nawyki żywieniowe. Teraz twoja dieta będzie się składać z bezglutenowego, bezwęglowodanowego, beztłuszczowego, bezalkoholowego czegoś, co ładnie będzie wyglądać na zdjęciach. Prawdopodobieństwo rewolucji żołądkowych jest wielkie. A dopiero wyśmiewałeś hipsterów, ich latte na owsianym i dziwne czapeczki.
Kto tu teraz cosplayuje kogoś, kim nie jest?
Emerytura to moment, kiedy do twojej diety wchodzą suszone śliwki, hektolitry herbaty, miętuski na wagę i mdłe posiłki. To przydymione papierosy w oknie i można oglądać dalej telenowele.
Lata lecą i wydaje mi się, że jest coraz to gorzej. Może z czasem to się wyklaruje, ale jak na razie stres maskuje choroby i sam powoli zabija. Muszę być optymistką, ale czy tak się w ogóle da?
Pesymizm to nowy realizm.
Nie mam nic więcej do dodania. Dziękuję i powodzenia drogi czytelniku.
Natalia Makuch
Recepta na pseudo szczęście
Zobacz również

Dama z Lampą, czyli XIX-wieczna prekursorka pielęgniarstwa
13 maja 2022
Księżyc
16 stycznia 2024