Z punktu A do punktu B

Co roku z okazji świąt czy Sylwestra życzymy swojej rodzinie i bliskim dużo zdrowia, szczęścia i przede wszystkim, aby ten kolejny rok był lepszy. Jak się okazuje, nie zawsze jest to do spełnienia. 2020 pokazał to na swoim przykładzie. Pandemia koronawirusa zbiera swoje żniwa, nie tylko jeśli chodzi o zdrowie i życie, ale także utrudnia normalne funkcjonowanie. Co chwilę wprowadzane i zmieniane liczne obostrzenia sprawiają, że przedsiębiorcy nie mają łatwego zadania. Wspomagają się licznymi projektami oferowanymi przez rząd w ramach chociażby tarczy antykryzysowej. Czy jednak wszyscy mają takie kłopoty i potrzebują takiego wsparcia?

Branża transportowa jest jedną z najbardziej rozbudowanych na całym świecie. Ludzie potrzebują przemieszczać się z punktu A do punktu B. Właśnie tutaj z pomocą przychodzą zarówno linie lotnicze, jak i autobusowe. Jak jednak wpłynęła na nie cała ta sytuacja? Miałam okazję dowiedzieć się tego bezpośrednio u osób wykonujących zawody związane z transportem.

Pan Andrzej jest rosłym i poważnie wyglądającym mężczyzną. Na co dzień, już od kilku lat, pracuje jako pilot prywatnych linii lotniczych. Głównie na dalekich trasach, tych wakacyjnych. Jego przypadek jest jednym z tych bardziej szczęśliwych. Jak się okazuje, nadal lata, choć rzadziej. Dostaje także wynagrodzenie, jednak nie tak wysokie, jak w czasach przed COVID-19. Jak sam opisuje: „Ogólnie jest dużo gorzej. Liczba lotów jest zmniejszona do minimum. Był czas, że latałem 5 dni pod rząd, a teraz raz na jakiś czas się uda polecieć. Wynagrodzenie również zostało zmniejszone. W mojej firmie jest o tyle lepiej, że mimo małej ilości lotów piloci jak i stewardessy dostają wynagrodzenie. Ale tylko dlatego, że zarząd zrzekł się swoich wypłat”. Nie każdy ma tyle szczęścia. Niektórzy pracownicy zostają wysłani na bezpłatne urlopy na długie miesiące. Nikt nie przejmuje się ich sytuacją. Na wsparcie ze strony rządu mogły liczyć jedynie publiczne firmy, prywatne musiały radzić sobie same. Niestety w większości kosztem pracowników.

Można by było również przypuszczać, że pandemia zniechęca ludzi do podróży. Jak się  jednak okazuje, nawet teraz znajdą się chętni, gotowi na wycieczkę. Wielu ludzi nadal decyduje się na taki krok i odpoczywa za granicą. Pan Zbigniew – starszy i bardzo doświadczony pilot – obecnie lata z Warszawy do Egiptu, a następnie do Zanzibaru. Jak zaznacza, samolot jest pełen pasażerów, bo chętnych nigdy nie brakuje. Zapytany o obostrzenia odnośnie ilości miejsc, stwierdził tak: „Odstępów się teraz nie stosuje. Na początku pandemii samoloty mogły być wypełnione w 50%, ale stwarzało to zagrożenie. Samolot był wtedy zbyt lekki. W konsekwencji tego piloci popełniali błędy. Maszyna inaczej się zachowywała niż, gdy na jej pokładzie było zajęte 90-100% miejsc”.

Polacy, jak się okazuje, potrafią doskonale obchodzić obostrzenia. Na pokładzie nadal obowiązuje nakaz noszenia maseczek. Ale nie w każdym momencie. Pasażerowie mogą spożywać specjalnie przygotowane, według wszystkich zasad sanepidu, posiłki. Pan Andrzej opowiedział ciekawą anegdotę odnośnie jednego z pasażerów, o którym usłyszał od jednej ze stewardess, pracujących w jego liniach lotniczych: „Słyszałem o przypadku, gdzie mężczyzna na trasie z Wielkiej Brytanii do Hiszpanii (podróż trwająca ponad 2 godziny), nie chcąc ubierać maseczki, przez cały lot jadł chipsy. Ktoś tam wyliczył, że jednego chipsa musiał jeść 2 minuty i w taki sposób nie musiał mieć maseczki, bo jadł”. Jest to naprawdę niesamowite, jak będąc wytrwałym i sprytnym, można ominąć tak podstawowe obostrzenie.

Liczne zakazy, nakazy, hermetycznie zapakowane jedzenie, jednorazowe sztućce, maseczki, brak bagażu podręcznego – to z pewnością jedynie podstawowe wymogi, jakie linie lotnicze obecnie muszą spełniać. Jak się jednak okazuje, nie zawsze są wystarczające. Pan Andrzej zachorował na COVID. Żadne środki ostrożności nie uchroniły go przed tym. Przeszedł jednak przez cały proces chorobowy bardzo łagodnie i obecnie znów może cieszyć się zdrowiem. Czeka na ponowne przywrócenie lotów i poprawę sytuacji, bo jak sam zaznacza, brakuje mu podróży i spełniania się zawodowo.

Jazda na tyle autobusu, rozmowy ze znajomymi i upomnienia nauczycieli o zachowanie ciszy. Każdy miał okazję, aby to przeżyć osobiście. Dla dzieci wyjazd autobusem to niesamowita zabawa, a czas spędzony w autokarze dla wielu jest większą atrakcją niż podążanie turystycznym szlakiem. Spędza się czas z rówieśnikami, często je przekąski. W obecnych czasach jednak jest to niemożliwe. Szkoły zostały zamknięte, a uczniowie uczą się w sposób zdalny. Tym samym nie ma takich wyjazdów. Pan Zbigniew – starszy, krępej budowy mężczyzna, posiadający ogromne doświadczenie jako kierowca autobusu – wypowiedział się na ten temat: „Kiedyś jeździłem autobusem szkolnym, woziłem dzieci na wycieczki, teraz sytuacja się diametralnie zmieniła. Szkoły zamknięte, ciągle pojawiają się nowe obostrzenia, a co za tym idzie, kierowcy tacy jak ja, mają naprawdę trudną sytuację finansową”.

Polska była jednym z liderów transportu lądowego na rynku europejskim. Kryzys związany z pandemią postawił przedsiębiorców, jak i ich pracowników, w bardzo niekorzystnej sytuacji. Szef jednej z firm zajmujących się zarówno wyjazdami międzynarodowymi, jak i krajowymi, był zmuszony do podjęcia działań, których sam się nie spodziewał. Pan w średnim wieku, z wyglądu przypominający Piotra Rubika, aby móc spłacić ogromny kredyt, podjął się pracy w konkurencyjnych firmach. Zdecydował się na taki krok, gdyż przez całą tę pandemiczną sytuację  stracił wszystkie zlecenia. Zajmował się przede wszystkim rozwożeniem dzieci do szkół i na wycieczki. Trudnił się również transportem międzynarodowym. Były to wycieczki zarówno wakacyjne, jak i objazdowe. Jego klientami byli nie tylko Polacy, ale również zagraniczni turyści, jak Chińczycy czy Brazylijczycy. Przy pośrednictwie jednego z biur przewozowych, podnajmującego specjalizujące się w tym firmy, przez długi czas woził swoich pasażerów po Hiszpanii, Francji, Włoszech, Austrii, Niemczech, Brukseli czy Szwajcarii. „To była dobra inwestycja. Często można było sobie dorobić również dzięki napiwkom od takich turystów” – mówił niskim głosem pan przypominający Rubika. Jego pasażerowie nie byli problematyczni. Z góry znał plan każdego wyjazdu. Z wielkim żalem wypowiadał się o utracie tych zleceń. Dzięki nim mógł dokładnie zobaczyć chociażby rzymskie zabytki.

Usługi przewozowe świadczone przez polskich kierowców były na wysokim poziomie. Zachowywali kulturę osobistą, znali przy tym angielski. Byli również tańsi niż chociażby zachodni sąsiedzi. Ci ze wschodu okazywali się mieć jeszcze niższe stawki, jednak z jakiegoś powodu mniej chętnie ich wybierano. Warto przy tym również nadmienić, że wiele firm kupowało autokary jedynie po to, aby jeździły na trasach międzynarodowych. Teraz wróciły do kraju. Pracy tym samym było jeszcze mniej niż wcześniej. Obecnie większość stoi na parkingach nieużywana. Gdy pojawiła się iskierka nadziei w postaci wyjazdów na narty – rząd ich zakazał. Pan Kazimierz – pracownik jednej z lokalnych firm przewozowych – wypowiedział się na ten temat: „Ogromnie liczyłem na te wyjazdy. Od dłuższego czasu nic nie było. Musiałem sobie radzić inaczej. Firma nie była w stanie mi zapłacić, bo z czego, skoro straciła wszystkie zlecenia?”.

Nieco inaczej prezentuje się sytuacja tych kierowców, którzy mają stałe trasy, tzw. linie. Jest mniej kursów, ale są. Mają pracę i z tego się cieszą. Obostrzenia jednak obowiązują także kierowców i ich pasażerów. 50% miejsc siedzących, zasłonięte usta i nos, kierowca może być bez, jeśli ma wydzielone miejsce. Jest to również niekorzystna sytuacja dla przedsiębiorców. Te same koszty rozkładają się bowiem na o połowę mniejszą liczbę osób. Dalsze wycieczki byłyby nieopłacalne, tutaj jednak kalkulacja jest prosta – linia musi być.

Rząd ofiarował wsparcie dla tych, którzy tego potrzebowali.  W ramach tarczy przewidział dofinansowanie chociażby dla artystów. Jak się jednak okazuje – branża turystyczna została zepchnięta na dalszy plan i dopiero teraz ją uwzględniono. Niestety, wymagania do otrzymania jakiejkolwiek formy wsparcia są ogromne. Stąd też panująca sytuacja zmusiła wielu zawodowych kierowców do przebranżowienia się. Z autokarów zasiadają do ciężarówek, aby móc zapewnić byt sobie i swoim rodzinom.

Świeże pieczywo, warzywa czy półki uginające się od ilości produktów – to wszystko jest możliwe dzięki kierowcom. Ich praca może mieć różne formy – bliskie, lokalne trasy i codzienne powroty do domu lub delegacje, czyli praca bez systemu, system dwa na jeden, trzy na jeden lub cztery na jeden. W praktyce oznacza to np. jazdę przez dwa tygodnie, a następnie powrót na tydzień. Sporo zależy od charakteru samej pracy. Można wybierać trasy lokalne, narodowe lub międzynarodowe. Przemierzanie wielu tysięcy kilometrów to wyzwanie, a w dobie pandemii jeszcze większe. Nie każdy patrzy przychylnym wzrokiem na kierowców. Pan Darek sam się o tym przekonał: „Ludzie nie zawsze są przyjaźnie nastawieni. Boją się zarazić. Ktoś jednak wykonać tę pracę musi”. Towary same się nie dostarczą. Sklepy, stacje benzynowe i wiele więcej miejsc muszą być na bieżąco zaopatrywane w liczne dobra. „Są takie okresy, gdzie muszę dowozić więcej. Gdy zbliżają się święta – ludzie kupują dużo rzeczy online. W dobie pandemii również tak bywa, szczególnie wtedy, gdy galerie są zamknięte” – mówi starszy pan, będący od wielu lat zawodowym kierowcą. „W tej branży zawsze jest zapotrzebowanie na kierowców. Ale nie każdy się do tego nadaje. W czasie pandemii nie ma lekko. Pracę trzeba wykonać, nawet jeśli coś się ludziom nie podoba” – dodał po chwili namysłu.

Obostrzenia wobec tych osób nie były tak bardzo restrykcyjne. Nie odbywano kwarantanny z oczywistych względów – nie ma możliwości pogodzenia jej z samą formą zawodu. Kierowcy się przemieszczają, mają styczność z wieloma osobami. Stałe trasy, liczne dowozy – nie da się, aby po każdym odwiedzonym miejscu można było mieć dwa tygodnie przerwy. Kacper to młody chłopak, który od dwóch lat pracuje w lokalnej piekarni jako obwoźny kierowca. Ma stałe trasy, które odwiedza codziennie, sprzedając ludziom liczne wypieki. „W mojej pracy bywało różnie. Ludzie nadal przychodzą i kupują. Na początku pandemii obroty zdecydowanie były większe niż teraz, gdy ta sytuacja już trwa. Jednak nadal wykonuję swój zawód, z czego się cieszę. Dużo osób przecież straciło pracę” – opowiadał mężczyzna.

Praca kierowców w dobie pandemii wygląda naprawdę bardzo różnie. Liczne firmy zajmujące się przewozami ludzi mają zdecydowanie najgorszą sytuację. Przewoźnicy towarów nadal mają pracę. Ludzie muszą jeść, potrzebują produktów, które często kupują online. Jednak nadal przedsiębiorstwa wysyłkowe mają ograniczoną liczbę dóbr. Gdy zaczyna ich brakować – trzeba uzupełnić. Należy jednak cierpliwie czekać na poprawę sytuacji i liczyć na jakiekolwiek wsparcie ze strony rządu. Zmiana branży również jest kluczowa, jednak co będzie, gdy prędzej czy później zabraknie większości firm przewozowych?