Felieton

Zamaskowany żart

Najsłynniejszy musical świata, Upiór w Operze, po wielu latach znika z Broadway’u. Bilety na ostatnie spektakle rozchodzą się jak ciepłe bułeczki – szkoda tylko, że nie kosztują tyle, co ten produkt spożywczy. Ale cóż, mówi się trudno, zaciska się tyłek i kupuje bilety na ostatnie wolne miejsca. Zapewne taką strategię przyjęli fani tego spektaklu.  A że 16 kwietnia żyrandol zleci po raz ostatni, to ciekawe co wymyślił producent na tą wyjątkową okoliczność.

Teatr raczej nie spłonie po upadku żyrandola – szkoda byłoby widzów. Ale po prawie 14 tysiącach przedstawień warto jednak zakończyć to z rozmachem. Może małe zmiany w fabule? Christine, główna bohaterka i obiekt miłości Upiora, w finale mogłaby wziąć ślub na przykład z Upiorem albo, aby było śmieszniej, z jakimś właścicielem opery. A Raoul (w spektaklu to jego wybrała Christine) mógłby związać się z Meg Giry (przyjaciółką Christine).

Oczywiście to są tylko moje przemyślenia. Warto jednak zauważyć, że zielony (ostatni) spektakl rządzi się swoimi prawami. No chyba, że tak się zdarza tylko w polskich teatrach muzycznych. Wówczas brak żartów będzie usprawiedliwiony. Tylko jeden żart powtarza się cały czas i jest nim nagła miłość Christine do Raoula. I tu wkraczamy w sferę znaną pokoleniom: „Co autor miał na myśli?”. Problem w tym, że Gaston Leroux (twórca oryginalnej powieści) nie żyje od wielu lat. Przez to raczej nie dowiemy się, dlaczego powstał taki wątek. Jaka szkoda…

Studentka III roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Prywatnie uwielbiam musicale, siatkówkę, skoki narciarskie. Często zgłębiam z ciekawości wiedzę o rodzinach królewskich z Europy.