
“Jestem zlepkiem ludzi, których spotkałem” – o życiu na uczelni z perspektywy wykładowcy. Wywiad z doktorem Jarosławem Kinalem.
Doktor nauk społecznych w dyscyplinie socjologia oraz absolwent studiów magisterskich na kierunku Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna. Autor, współautor i redaktor 99 publikacji naukowych. Członek redakcji i recenzent wiodących czasopism naukowych w kraju i za granicą. Trzykrotny zdobywca Lauru Studenta UR w kategorii „Przyjaciel Studenta”. Zwycięzca Plebiscytu Edukacyjnego Gazety Codziennej Nowiny w kategorii Nauczyciel Akademicki Roku oraz Osobowość Roku w kategorii Nauka. A przede wszystkim wspaniały wykładowca i niesamowicie ciepły człowiek – doktor Jarosław Kinal – bo to o nim mowa, porozmawia o tym jak lepiej odbierać świat, który nas otacza.
Jak wyglądał Pana pierwszy dzień w roli wykładowcy?
Na pierwsze zajęcia przygotowywałem się wiele godzin i byłem mocno zestresowany czy uda mi się choć w części spełnić pokładane we mnie nadzieje. Teraz nie muszę przygotowywać się tak długo do każdych zajęć, bo też mamy inną – cyfrową rzeczywistość – w której dużo treści jest dostępnych online. Natomiast, żeby oddać sprawiedliwość, zmienił się sposób, w jaki prowadzę zajęcia. Przez te 10 lat nauczyłem się, „czytać” grupy, czy coś je interesuje, czy nie. Staram się to wyłapywać i wtedy trochę inaczej przekonfigurować sposób prowadzenia zajęć. Co prawda każde zajęcia mają swoją tematykę wynikającą z sylabusa, ale też każdy temat można ująć z wielu perspektyw i wybrać taką, która będzie najciekawsza dla danej grupy studentów. Generalnie jedne zajęcia są bardziej aktywizujące, a inne – wykładowe mniej.
Który moment w pracy akademickiej utwierdził Pana w przekonaniu, że nudy tu raczej nie będzie?
To tak nie działa, że to jest moment. Każde zajęcia są wyjątkowe. To jest dla mnie pewien stresujący moment – czy się uda, czy dobrze nauczę, czy dobrze przekażę wiedzę. Często wchodząc na salę czuję się jak aktor, który musi zagrać monodram i skupić na sobie uwagę odbiorcy, a jednocześnie przekazać wartościowe myśli. Są przedmioty łatwiejsze i są przedmioty trudniejsze w odbiorze. Zupełnie inaczej zarządza się uwagą słuchaczy podczas wykładów, a inaczej podczas ćwiczeń.
Lubi Pan mówić?
Lubię mówić, chociaż bardziej lubię czytać i analizować.
A gdy Pan czyta, to w Pana głowie widzi Pan litery czy obraz tego, co Pan czyta?
Obraz, zdecydowanie. Staram się sobie wyobrażać sytuację, o której czytam, nie czytać tekstu literalnie, tylko też znajdować kontekst, który za tym stoi. To trochę tak jak z muzyką. Jeden ze znanych teoretyków muzyki twierdził, że nie można słuchać muzyki z otwartymi oczami. Trzeba je zamknąć i widzieć kolory.
Jaka książka, film albo rozmowa najmocniej wpłynęły na sposób, w jaki patrzy Pan na ludzi?
Zaczynając od tego ostatniego – rozmowy z moimi mistrzami to są rozmowy, które zawsze mnie ubogacają i powodują, że wychodzę z nich dużo mądrzejszy i dużo bardziej uporządkowany mentalnie. Ja zawsze polecam spotykanie się z ludźmi, których cenimy, których uważamy za autorytet i one nas ubogacają. Jeśli chodzi o film, to zdecydowanie “Stowarzyszenie Umarłych Poetów”. To jest film, który mogę oglądać milion razy i nigdy mi się nie znudzi. No i oczywiście saga Gwiezdnych Wojen, którą będę oglądał do końca życia i zawsze będę twierdził, że moc jest ze mną. Natomiast jeśli mówimy o książkach, to jest bardzo wiele książek, które mnie zbudowały. Jak byłem bardzo młodym człowiekiem, to zaczytywałem się w “Małym Księciu”. Jak dorastałem to „Świat Zofii”, czyli moja pierwsza podróż po świecie filozofii, później Cortázar i “Gra w klasy”. Teraz bardzo podobają mi się książki Harariego – chociażby “Nexus” traktujący o komunikacji. Jeśli będę z czegoś dumny kiedyś, na koniec swojego życia, to pewnie z księgozbioru, w którym znajdują się unikatowe za kilka lat egzemplarze Pucia i Kici Koci.
Jest więcej książek fabularnych, czy naukowych?
Fabularnych, zdecydowanie fabularnych. Jest duży komponent książek naukowych. Ostatnio przeczytałem bardzo fajną biografię o Astrid Lindgren, której książki czytają i słuchają moje dzieciaki. Nie wierzyłem, że miała tak barwny życiorys. Szczególnie, że my o pisarzach myślimy, że są tacy trochę pomnikowi. To jest takie zabawne, że wyobrażamy sobie autora, który jest takim trochę gryzipiórkiem, siedzi i klepie w ten komputer czy – wcześniej – tą maszynę do pisania. Tak naprawdę to są ludzie, którzy czerpią z życia pełnymi garściami i to jest super. Tak sobie wyobrażam naukowców, którzy z jednej strony są tacy poważni, z drugiej okazują się ludźmi z tysiącem pasji i zainteresowań pozanaukowych.

Jakie stereotypy o wykładowcach są według Pana kompletnie nietrafione?
Przede wszystkim wydaje mi się, że studenci uważają wykładowców za ludzi z innej planety. Oni mają swoje zmartwienia, swoje problemy, swoje radości. Znam takich wykładowców, których wystarczy zapytać na przykład o Włochy i potem już nie ma wykładu, tylko opowieść o włoskich wakacjach. Więc tutaj też warto nie idealizować, nie demonizować wykładowców, tylko podejść do nich, jak do partnerów. My wiemy trochę więcej niż Wy na początku zajęć, później kończą się zajęcia i – w co głęboko wierzę – wiemy tyle samo. To w pracy naukowca jest najfajniejsze, że największą radość sprawia nam widok jak nasz student nas przerasta.
Co najbardziej zaskakuje Pana w sposobie funkcjonowania młodego pokolenia? Czy gen Z jest dla Pana inspiracją?
Inspiracją? Nie wiem, czy inspiracją. Jest ciekawą obserwacją ludzi, którzy są dużo bardziej świadomi swoich praw i możliwości, jakie mają. Jednocześnie są coraz bardziej wyspecjalizowani, coraz bardziej hermetycznie zamknięci w swoich fascynacjach. Duże uzależnienie od technologii, rozbicie relacji na te relacje realne i wirtualne, nadanie im równorzędności – to są bardzo ciekawe zjawiska, które można badać.
Ma Pan jakąś radę dla nowego pokolenia?
Nie jestem mędrcem, nie potrafię dawać rad. Potrafię tylko prosić o to, by nie dali się wtłoczyć w taki źle pojmowany konformizm. Bo w momencie, w którym zgadzamy się na to, co nam dyktuje świat, bardzo wiele tracimy jako jednostki. Jesteśmy zamykani w pewnych ramach.
Które wspomnienie ze studiów do dziś wywołuje u Pana śmiech?
Mnóstwo. Ja miałem wyśmienity rocznik, z którego wyszli naprawdę genialni dziennikarze: Jacek Gądek, Grzesiek Wysocki, Asia Podsadecka, Michał Michalak to tylko takie na szybko przykłady. Ta cała ekipa była niesamowita. Robiliśmy zwariowane rzeczy, włączając w to spontaniczne wyjazdy w góry czy imprezę w tramwaju.
Jaką najdziwniejszą wiadomość albo mail dostał Pan od studenta lub sam Pan wysłał jako student?
Na pytanie o treść wiadomości wysyłanych jako student odpowiem „pomidor”. Bardzo wiele ciekawych wiadomości dostaję od studentów. Czasem dostaję z wyrazami sympatii, co mnie strasznie peszy i zawstydza, bo staram się wykonywać swoją pracę, a nie liczyć na aprecjację. Czasem dostaję bardzo zabawne informacje i wiadomości w okolicach drugiej, trzeciej w nocy w piątek – domniemuję, że właśnie kończy się jakaś impreza. Zaczynają się od “Dzień dobrek na rondelek. Piszę teraz, bo później mogę nie mieć możliwości. Chciałem usprawiedliwić swoją nieobecność w poniedziałek.” Czasem są ciekawe wiadomości, w których autor lub autorka pomyli załącznik.
Jakiej rzeczy nauczył się Pan o ludziach, której nie da się wyczytać z badań ani statystyk?
W ogóle nie jestem zwolennikiem czytania ludzi na podstawie badań. Nie jestem psychologiem, żeby stwierdzić, czy ktoś ma jakieś dysfunkcje. Jeśli mówimy o zbiorowości, wtedy można ją badać, znajdować cechy wspólne. Jeśli mówimy o jednostkach, to już trzeba wejść w psychologię, w medycynę, w neurobiologię. Natomiast socjolodzy przede wszystkim zajmują się grupami społecznymi. Każdy z nas jest wyjątkowy. Dopiero w tłumie stajemy się w pewien sposób ujednoliceni
Czy wiedza, którą Pan ma na temat ludzi jakoś na Pana wpływa?
Jestem zlepkiem ludzi, których spotkałem, bez nich nie byłbym tym, kim jestem. Bardzo wiele osób uważa, że nikt na nich nie miał wpływu, że sami się tak uformowali. To jest absolutnie nieprawda. Gdybym miał stworzyć listę osób, którym zawdzięczam to, jaki jestem, zacząłbym od rodziców, którzy powołali mnie do życia i skończył na moich dzieciakach, które codziennie zabierają mnie w niesamowite przygody. Nie sposób nie wrócić tu do moich nauczycieli, mistrzów i przyjaciół, którym zawdzięczam najwięcej, jeśli chodzi o sposób interpretacji świata. Miałem kiedyś bardzo ciekawą rozmowę o tym, jak się czuję, będąc naukowcem. Czy nie mam wypalenia zawodowego, bo ciągle powtarzam to samo. Wtedy zdałem sobie sprawę, jaki jest stereotyp naukowca, oraz że bardzo wiele osób w moim otoczeniu rzeczywiście przejawia symptomy wypalenia zawodowego.
Jak to jest z tym wypaleniem zawodowym u Pana?
Nie wiem. Raczej go nie ma. Czasem pojawia się zmęczenie, ale to nie jest wypalenie zawodowe. Siedzę sobie z ludźmi, którzy z jednej strony stawiają wobec mnie pewne oczekiwania, a z drugiej dają mnóstwo energii, to działa trochę na zasadzie ładowarki i telefonu – czerpię z nich energię, a oni wychodzą zmęczeni. Ja też często jestem zmęczony.
Jakie błędne przekonanie o mediach jest dziś wyjątkowo powszechne?
Bardzo wiele błędnych przekonań o mediach. Zaczynając od tego, że w świecie sztucznej inteligencji media przestaną być ludzkie, a staną się generowane. To nieprawda. Zawsze na końcu będzie człowiek, który zada po prostu pytania. Po drugie, że dziennikarze chcą tylko wyssać z nas krew, pot, łzy i ciekawy temat. Jasne, są ludzie, którzy wchodzą jak westernowy kowboj, strzelają, zabierają co ich i idą dalej. Ale znam dziennikarzy, którzy naprawdę są bardzo empatyczni, wartościowi i z którymi jest wielka przyjemność rozmowy. Kolejny mit jest taki, że w mediach jest totalny wyścig szczurów między dziennikarzami. Nie spotkałem się z tym przez całą moją karierę dziennikarską. Bardziej spotkałem się z partnerstwem, z pomocą, z mentoringiem, gdzie ci starsi pomagali młodszym. Ja miałem takie szczęście, że na swojej drodze spotkałem nieżyjącego już Andrzeja Turskiego z Panoramy. Nauczył mnie rozumienia całej sytuacji, wyłapywania rzeczy i tego, żeby w tym całym biegu medialnym pozostać człowiekiem. Nie denerwować się za bardzo, nie stresować, bo dziennikarz w telewizji tak naprawdę zależy od bardzo wielu innych osób – od wydawców, od producenta, od montażysty, od prowadzącego, który zabawnie jest nazywany anchormanem.
Zauważa Pan jakieś zagrożenia ze strony sztucznej inteligencji?
To, co odróżnia nas od maszyn, to to, że potrafimy myśleć kreatywnie. I to się nie zmieni. Chociaż z drugiej strony są przypadki zakochiwania, są przypadki diagnozowania się przez czat. Sprzedajemy swoje dane, sprzedajemy swoją intymność. I wyobraź sobie, że te Twoje rzeczy wypływają. Nie krzywdzą tylko Ciebie, ale krzywdzą też osoby, które opisałaś i te z którymi pisałeś. Jaki problem przygotować na Ciebie fejkowe materiały i rozpuścić wśród twoich znajomych. Higiena cyfrowa to jest jeden z obszarów, którymi naprawdę musimy się zająć, jako medioznawcy, bo bezpieczeństwo informacyjne i osobowe człowieka w mediach jest znowu mocno zagrożone. Najtrudniej jest walczyć o prawdę.
Jak wygląda Pana idealny dzień całkowicie poza uczelnią i obowiązkami zawodowymi?
O kurczę, to chyba wyśpię się. I chyba więcej nic mi nie trzeba. Ale idealny dzień to jest taki, który mogę spędzić z moimi najbliższymi, wybrać się na spacer, pograć w jakieś gry planszowe, poczytać, posiedzieć na tarasie i pobyć, po prostu pobyć bez zbędnych stresów i myślenia o zobowiązaniach.
Ma pan jakąś ulubioną grę planszową?
Monopoly, bo wtedy jedyny raz w życiu mam dużo forsy. Świadomość tego, że mam pełny portfel, już w zupełności wystarczy do szczęścia. Jest dużo takich fajnych gier planszowych. Wsiąść do pociągu to jest taka gra, w którą graliśmy jeszcze dawno temu na studiach. Nie lubię układać puzzli. Nie mam do nich cierpliwości, to jest taka moja słabość.
Kto częściej wygrywa – Pan czy dzieci?
Mam najsprytniejsze i najmądrzejsze dzieci na świecie – nie mam z nimi szans.
Jaką najbardziej spontaniczną decyzję podjął Pan w życiu i co z niej wynikło?
Doktorat jest taką spontaniczną decyzją, bo wcale nie planowałem pójść ścieżką naukową. Byłem dziennikarzem, pracowałem w telewizji, było mi całkiem przyjemnie. Moja Pani Profesor na obronie powiedziała – “Jarek może byś spróbował? Spróbuj w Łodzi, w Poznaniu, w Rzeszowie.” Dostałem się do Łodzi i do Rzeszowa i nie wyobrażałem sobie jak to będzie dalej. I nagle zostałem doktorem nauk społecznych w dyscyplinie socjologia. Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz co ci się trafi.
Jest Pan człowiekiem spontanicznym?
Staram się nie planować za bardzo do przodu, bo działa prawo Murphy’ego. Jak coś ma się nie udać, to na pewno się nie uda. Przewidywalność wydaje się fajna dla pewnych cech osobowości, których ja niestety nie posiadam.
Jaką radę dałby Pan sobie z przeszłości, wiedząc to, co wie Pan dzisiaj?
To teraz otworzyła Pani puszkę Pandory. Chciałbym zmienić mnóstwo rzeczy. Ale to nie znaczy, że żałuję tego, co zrobiłem, bo to, jaki jestem teraz, jest właśnie wynikiem tych błędów, które popełniłem. Pewnie chciałbym wrócić do kilku relacji, które się urwały. Natomiast też mam świadomość tego, że życie polega na tym, że pewne rzeczy się zamykają i przemijają. Kończymy coś, zaczynamy coś drugiego, to absolutnie normalne.
Zobacz również

Czy niedźwiedź może ukraść Ci dziewczynę?
9 maja 2024
Jak zdać sesję za pierwszym razem?
9 czerwca 2020