
Siedzę na pustym Olympiastadion i myślę…
Czy obiekt jednoznacznie kojarzący się z nazizmem może obecnie być postrzegany pozytywnie? Czy obiekt jednoznacznie kojarzący się z nazizmem może obecnie wzbudzać podziw? Wreszcie – czy obiekt jednoznacznie kojarzący się z nazizmem może być tak fajny, że są organizowane na nim największe imprezy sportowe? Na Olympiastadion byli już wszyscy – zbrodniarze wojenni, a także najwybitniejsi sportowcy w dziejach. Ten stadion, choć monumentalny, ma mroczną historię.
Będąc w Berlinie, fan sportu po prostu nie może odpuścić sobie wycieczki na Olympischer Platz. Dojazd jest świetny. Choć wyruszam z wysuniętej na zachód dzielnicy Spandau, jestem tam po około pół godziny. Wszystko dzięki rozwiniętej sieci metra, jaką posiada to miasto. Upewniam się tylko, czy nie zostawiłem niczego, ale widzę tylko monetę, którą siedząca obok mnie pani widocznie chciała wrzucić grającym w środku muzykom (znakomity chwyt – nawet jak źle grają, to nie ma gdzie uciec). Nie będę się po nią schylał. Zabieram plecak i wyruszam na spacer w berlińskim słońcu, któremu towarzyszy wiatr mrocznej historii.
Idąc ze stacji na stadion, rozmyślam: „O, tutaj zapewne stali ludzie odpowiedzialni za to, aby goście Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku czasem nie zabłądzili i nie natrafili na Żyda. O, tutaj być może stały sklepy prowadzone przez złych obywateli, do których obowiązywał zakaz wstępu. O, tędy być może na ceremonię otwarcia wieziono Adolfa Hitlera. O, to na tych masztach wisiały swastyki przeplatane flagami olimpijskimi”.
Berlińskie Igrzyska to najmroczniejsza karta w historii olimpizmu, bez dwóch zdań. Najpiękniejsze wydarzenie sportowe, jakie tylko istnieje, zostało przyćmione przez widzimisię nazistów. Pokazali oni swoją „normalność”, która jeszcze w 1936 była obiektem respektu, a dziś jest symbolem okrucieństwa i podeptania praw człowieka.
Wchodzę przez bramę olimpijską. Moim oczom ukazuje się park – ten park olimpijski, najwspanialszy w tamtych czasach. W momencie wybudowania był to największy kompleks sportowy, na którym sportowcy III Rzeszy mieli udowadniać swoją fizyczną wyższość nad resztą świata. Znajdowały się tam takie obiekty jak pływalnia, boisko do hokeja na trawie, korty tenisowe oraz on – najważniejszy, majestatyczny, będący perłą w koronie sportowego Berlina. Jednym słowem: Olympiastadion.

Zdziwiłem się tym, że wstęp na obiekt był darmowy. Kiedy tam byłem, nie odbywały się żadne zawody sportowe. Tak właśnie wymarzyłem sobie moje chwile obcowania z tym stadionem. Pustka bijąca z ponad siedemdziesięciu tysięcy pustych krzesełek ma w sobie coś wyjątkowego. Przytłacza, sprawia, że rześkie zimowe powietrze staje się cięższe i przywołuje historyczne wspomnienia. Wzrokiem przemieszczam się po tej ogromnej przestrzeni.
Widzę bramę, przez którą wbiegał Fritz Schilgen, niosący w ręku znicz olimpijski. Widzę rozbieg do rzutu oszczepem – to właśnie w tym miejscu biegła Maria Kwaśniewska, gdy oddawała rzut po brązowy medal. Widzę bieżnię, po której biegł Jesse Owens, grając na nosie nazistowskiej propagandzie mówiącej, że tylko blondyni o niebieskich oczach mogą odnosić sukcesy. W tym samym miejscu Stanisława Walasiewicz zdobyła srebro w rywalizacji na 100 metrów. Widzę koło do rzutu dyskiem, w którym stała Jadwiga Wajsówna, także srebrna medalistka.
Lecz widzę także miejsce, gdzie była loża honorowa, na której najbardziej honorowe z honorowych miejsc należało do Adolfa Hitlera. Staram się wyobrazić, gdzie stał mikrofon, do którego mówił przywódca kraju-organizatora (jak się później okazało, zbrodniarz wojenny), ogłaszając rozpoczęcie Igrzysk. Chciałbym widzieć także miejsce, gdzie sukces osiągnęła osoba narodowości żydowskiej, ale mimo starań go nie dostrzegam. I to nie dlatego, że mocno świeci słońce. Po prostu naziści, bez zbytnich głosów oburzenia i sprzeciwu władz Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, wykluczyli ich z imprezy.
W XXI wieku Olympiastadion co jakiś czas skupia na sobie sportowy świat. W 2009 roku Usain Bolt na tej bieżni ustanawiał rekord świata na 100 metrów. W tym kole stała Anita Włodarczyk rzucająca młotem po rekord świata. Na tej murawie biegali piłkarze FC Barcelony w finale Ligi Mistrzów, który odbył się tam przed dziesięcioma laty. Rozgrywano tam także najważniejsze mecze Mistrzostw Świata 2006 i Euro 2024.

Dzisiaj w tym stadionie nic się nie zgadza, wszystko wymyka się poza ramy obiektów sportowych. Sam w sobie nie jest piękny i ma okropną widoczność. Nawet gdy niedawno odbywał się tam mecz Polska-Austria, zewsząd dochodziło narzekanie, że kibice będą musieli oglądać spotkanie z lornetkami. Z perspektywy czasu można się dziwić Niemcom, że nie postanowili go wyburzyć, postawić nowy i nadać inną nazwę. Dlaczego tego nie zrobili?
Olympiastadion pełni rolę żyjącego pomnika. Człowiek obeznany z historią sportu i świata nie czuje się tam w pełni komfortowo – duchy przeszłości dają o sobie znać. Ale może właśnie o to chodzi? Trzeba pamiętać o tym, jak sport został wówczas wykorzystany w celach propagandowych. Ważni tego świata powinni wracać tam, by przypominać sobie, że tego błędu nigdy nie można powtórzyć. Zadanie mają także sami Niemcy, którzy muszą za pomocą tego stadionu przypominać światu o historii i używać go do zatrzymywania w czasie pędzącej rzeczywistości.
Skorzystać na tym możemy także my – kibice. Niech chwile radości, odnoszone przez sportowców na stadionie piłkarskim, otoczonym niebieską bieżnią, przypominają nam wydarzenia z 1936 roku. Doceniajmy to, że tak straszny świat, w którym rządzi dyktatura, dyskryminacja i segregacja rasowa, minęły. Bądźmy wyczuleni i dbajmy, aby nie powróciły. Dzisiaj w Berlinie możemy podziwiać największych, którzy rozpychają nazistowskie mury powietrzem wolności.
Dziś także siedzę na pustym Olympiastadion i myślę nad tym, kto mógł siedzieć na moim miejscu 89 lat temu. Chciałbym poznać tego człowieka.
Wiersz o zachodzie słońca
Wielką grę czas zacząć!
Zobacz również

Co autor miał na myśli?
17 czerwca 2022
„Warto torować miejsce dla różnorodnych osób, także dla niepełnosprawnych, we wszelkich przestrzeniach społecznych”
20 kwietnia 2022