„Bijcie tak, żeby nie było śladów”

Każdy, kto choć słyszał o historii Grzegorza Przemyka, śmiertelnie pobitego przez milicjantów wiosną 1983 r., powinien obejrzeć film Żeby nie było śladów. Jest on swego rodzaju przypomnieniem tych gorzkich czasów w kraju, ale i historią, pokazującą walkę o prawdę.

Przemyk to syn poetki, Barbary Sadowskiej, który razem ze swoim kolegą (Jurkiem) został zatrzymany przez milicję na Placu Zamkowym w Warszawie, gdzie świętowali zdaną maturę Grześka. Żaden z nich nie ma przy sobie dokumentów, co stało się pretekstem do zabrania ich na komisariat. Tam kilku funkcjonariuszy brutalnie biło Przemyka w brzuch tak, żeby nie było śladów, a kilku innych wstrzymywało w tym czasie patrzącego na to Jurka. Katowali go, dając upust swoim emocjom i okazując władzę, co po kilku dniach stało się przyczyną  jego śmierci. Sekcja zwłok wskazywała na liczne uszkodzenia wewnętrzne.

Na mszę oraz na pogrzeb na Powązkach przybyły tłumy. Mówiono nawet o 40 tys. osób. Ulica, wiodąca z kościoła na Powązki, została zamknięta dla normalnego ruchu samochodowego, aby mogły nią przejechać specjalne autokary wiozące uczniów z XVII LO, w którym uczył się Grzesiek. Poza tym ulicą i chodnikami szły tłumy uczestników uroczystości pogrzebowej. Ze względu na okoliczności śmierci Przemyka i osobę jego matki pogrzeb stał się zarazem manifestacją antykomunistyczną. Ludzie wznosili transparenty o treści politycznej, często nawiązujące do „Solidarności”. Tym samym pogrzeb Grzegorza Przemyka stał się pierwszą tak wielką manifestacją przeciw władzy komunistycznej od czasu wprowadzenia stanu wojennego. Przez kraj przetoczyła się fala oburzenia za brutalność milicji.

Film przedstawia próbę zamiecenia pod dywan sadyzmu milicjantów, ponieważ od samego początku władze oraz Służba Bezpieczeństwa prowadziły działania dezinformacyjne, mające na celu odwrócenie uwagi od milicji i zrzucenie winy na lekarzy.  W rezultacie tych działań winą obciążono sanitariusza, którego zmuszono do przyznania się do pobicia Przemyka podczas przewożenia go do szpitala. Wymuszono na nim takie zeznania, grożąc m.in. zabiciem rodziny.

Nieprzeciętną postacią jest oczywiście Jurek, którego gra Tomasz Ziętek. Niezwykła jest jego walka o prawdę i do końca wiara w to, że jego zeznania pozwolą na sprawiedliwość i ukaranie prawdziwych sprawców. Jego ojciec, grany przez Jacka Braciaka, to również postać wybitna. Komunista, który ma swojego syna za idiotę, donoszący na niego, współpracujący ze służbami, dbający tylko o siebie. Najbardziej jednak nielubianą przeze mnie postacią jest prokuratorka, która przejęła sprawę Przemyka. Fenomenalnie zagrała ją Aleksandra Konieczna, bo była chłodna i obojętna, jakby w ogóle nie miała uczuć. Na wyróżnienie zasługuje też Robert Więckiewicz, wcielający  się w rolę Kiszczaka, który od początku tuszował całą zbrodnię.

Najbardziej przejmująca jest chyba jedna z ostatnich scen w filmie, czyli rozprawa sądowa, w której zeznaje Jurek. Na ławie oskarżonych siedzą funkcjonariusze, których bohater wcześniej rozpoznał.  Pomimo tego, że chłopak dokładnie wskazuje, który z nich bił Przemyka pałką,  policjanci zostają uniewinni.

Poruszający obraz przeszłości, fakt, że historia wydarzyła się naprawdę i bezsilność wobec władzy powoduje ciarki na ciele podczas całego seansu. Najbardziej w tej historii boli jednak fakt, że nikt nie został ukarany.

Kinga Siewierska