Dr Rush wszystkiemu zaradzi!

Po obejrzeniu pierwszego odcinka na myśl przyszło mi jedno skojarzenie: Bob Budowniczy. Dlaczego? Bo „Bob zawsze da radę!”. Podobnie jest z tytułowym bohaterem serialu „Rush”, on też zawsze sobie radzi. Bez względu na okoliczności. Lecz czy to na dłuższą metę się nie znudzi?

„Rush” to amerykański dramat medyczny. Co prawda nie można określić go jako standardowy serial rozgrywający się w placówce medycznej, ale wątki szpitalne niejednokrotnie się w nim przewijają. Za stworzenie tej dziesięcioodcinkowej produkcji odpowiedzialny jest Jonathan Levine, który napisał scenariusz, a także wyreżyserował i wyprodukował całość. Powstały w 2014 roku serial doczekał się zaledwie jednego sezonu – oficjalnym powodem takiego stanu rzeczy były niezadowalające wyniki oglądalności. Główną rolę zagrał znany z „Lucyfera” Tom Ellis. Partnerują mu Sarah Habel oraz Larenz Tate.

William Rush to syn cenionego lekarza. Sam również pracuje w tym fachu, jednak nie w szpitalu. Jak sam o sobie mówi, jest „wolnym strzelcem” – świadczy prywatne usługi lekarskie bogatym klientom, którzy chcą zachować anonimowość. W prowadzeniu „interesu” pomaga mu przyjaciółka, Eve. Kobieta jest jego asystentką; załatwia za Rusha wszystkie formalności związane z zawodem i nie tylko… Mężczyzna dzięki takiemu trybowi pracy szybko się bogaci – stać go na wystawne życie i korzystanie z jego uroków. Nie cieszy się tym jednak zbyt długo, bo jego problemy zaczynają się gwałtownie kumulować.

Od pierwszego odcinka widz zostaje wrzucony w wir pracy doktora Rusha. Znaczące staje się tu jego nazwisko, które na język polski możemy przetłumaczyć jako „pęd” czy „pośpiech”. Tak też w rzeczywistości wygląda życie Williama. Mężczyzna ciągle jest w ruchu, nie ma chwili wytchnienia. Jego zadania są raczej krótkie, lecz mocno stresujące – w końcu walczy o ludzkie zdrowie lub życie. Jednak jak długo można funkcjonować w takim tempie? Przykład Rusha pokazuje, że każdy potrzebuje jakiejś odskoczni. Dla niego stanowią ją np. narkotyki zażywane po męczącym dniu. A dzień przecież też trzeba odpowiednio zacząć – koktajl „z prądem”? Dlaczego nie!

Produkcja studia Fox 21 miejscami przypomina mi „Californication”. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku mamy korzystającego z używek, autodestrukcyjnego bohatera, który po rozstaniu z miłością swojego życia otacza się masą kobiet „na jedną noc”. W obu serialach główny charakter wspiera się na ramieniu najlepszego przyjaciela, który niejednokrotnie ma przez niego problemy. Te dwa obrazy różni jednak psychologia postaci. O ile w „Californication” była ona dużo mocniej zarysowana, bardziej wyrazista, o tyle w „Rushu” praktycznie jej nie ma. Podobnie dzieje się w obrębie drugiego planu – osoby towarzyszące Tomowi Ellisowi są nijakie. A wątek dylematów przyjaciela Willa, Alexa – szczególnie tych dotyczących kłopotów z żoną – czasami wręcz śmieszy.

Akcja toczy się mimo wszystko dynamicznie. To trzeba producentom przyznać – odbiorca nie może narzekać na nudę. W każdym z dziesięciu odcinków Rush ma przynajmniej kilka ciekawych przypadków. Ale gdy oglądamy epizody jeden po drugim, fabuła szybko powszednieje i wkrada się rutyna. Cóż, jaka może być inna reakcja, skoro następni pacjenci są „obsługiwani” automatycznie, bez dłuższej chwili zastanowienia. To ciekawe, że doktor może tak ekspresowo diagnozować! Will Rush przydałby się w polskiej służbie zdrowia… Zawsze przygotowany, w swojej torbie nosi absolutnie wszystkie potrzebne sprzęty i lekarstwa.

Moim zdaniem historia miała potencjał, lecz twórców zgubiła zbytnia powierzchowność w kreowaniu postaci oraz w sposobie rozwiązywania trudnych sytuacji. Niektóre wydarzenia wydają się być tak absurdalne i nielogiczne, że powodują jedynie uśmiech politowania na twarzy. Główny bohater jest co prawda bardzo charyzmatyczny, jednak poza nim nie pamiętamy absolutnie nic. Jak sama nazwa serialu wskazuje, miał on koncentrować się właśnie na postaci doktora Rusha, ale na dłuższą metę staje się to nudne i mało atrakcyjne. Podsumowując, „Rush” to niestety produkcja przewidywalna i schematyczna. Nie zaskoczy ani zwrotem akcji, ani przemianami bohaterów. Oczywiście zawsze mogło być gorzej, nie jest to całkowita klapa, ale czy warto poświęcać czas na te dziesięć odcinków? Niekoniecznie. Chyba że poszukujemy serialowego guilty pleasure

Autor: Katarzyna Wojnar

Studentka dziennikarstwa zakochana w twórczości Quentina Tarantino. Uwielbiam kino i popkulturę. Interesuje mnie sport - nie tylko pod względem rozrywkowym, ale i dziennikarskim.

Dodaj komentarz