„Lajf ys brutal”

Jedenaście stopni, lekki wiatr, wiosenny dzień… Względnie ciepło jak na maj. Drzwi otwarto, aby słońce mogło swobodnie oświetlać wnętrze i ludzi, którzy tak jak ja chcieli zjeść ciepły posiłek poza domem. Zamówiłam, zapłaciłam, usiadłam. Mój telefon padł, bo na noc zapomniałam podłączyć go do ładowania. Będę sobie offline, podobno to fajne. Kiedyś ludzie nie mieli telefonów i sobie spokojnie żyli i funkcjonowali, co nie?

Siedziałam więc w lokalu, czekając na wyczytanie mojego numeru, obczajając ludzi i ściany, słuchając muzyki… Wiecie, byłam megagłodna i trochę wkurzona, bo ostatnio często mi się śpieszy, tak po prostu, gdzieś. Normalna sprawa, o czym tu pisać?

Zacznę od tego, że bohaterem tego tekstu będzie gołąb. Jeden z tych, których po prostu nie cierpię. Nawet kiedy jedynie przelatują obok mnie na mieście, mam schizę. Chociaż w sumie nic nigdy personalnie mi nie zrobiły. No dobra, wróćmy do tej knajpy.

„O nie, nie, nieeeee” ze strony pani za barem, trzepot skrzydeł, pełny skręt lotu. Nie zaskoczę Cię chyba tym, że wstrętny gołąb postanawia natrzeć prosto na mnie. Zasłaniam twarz kurtką, mój odruch bezwarunkowy to ucieczka natychmiast. Jednak z racji tego, że sytuacje stresowe mam opanowane do perfekcji, udaje mi się ominąć zagrożenie. Prawie wpadam na gościa siedzącego przy stoliku obok. Mój chłopak nie byłby zachwycony, za to pan po pięćdziesiątce nie ma mi tego za złe i śmieje się na głos. Czuję się bezpieczniej, ale ten gołąb ciągle tam jest. Obiecuję sobie, że nigdy więcej nie usiądę koło okna… Chrzanić fajne widoczki.

Jeśli kiedyś mieliście w zwyczaju pykać w gry akcji, wiecie, że przysługuje w nich określona ilość żyć. Przeważnie trzy, czasami więcej. Później giniesz i try again. Po angielsku, po polsku jak chcesz. Po prostu zgon. Wychodząc z wirtualnej rzeczywistości koty mają żyć siedem, a ludzie jedno. Za to ten konkretny gołąb sześć razy z pełnego rozpędu uderza o szybę.

O dziwo  pióra nie lecą, krwi brak, a on nie dość, że nadal żyje, to jeszcze nie traci animuszu. Może to gołąb wojenny, one z natury są dziwne, więc nie byłabym zaskoczona… „Dobry zawodnik”  przyznaję w myślach. Wreszcie ktoś delikatnie wygania ptaszysko. Oddycham z ulgą.

Okno, a właściwie szklana szyba, to nasze „dzisiaj”. Powiedz mi, zderzasz się z nią? Może robisz to na własne życzenie. Masz swoje drzwi, ściany, okna? A może jakieś jedno, ulubione? Robisz to w pogoni za czymś, po coś, dla kogoś, dla siebie? Może wierzysz w to, że taki pojedynek Cię uszczęśliwi.

Bierzesz większy rozbieg  odwołujesz kolejne spotkania ze znajomymi, przeznaczasz jeszcze trochę więcej czasu, pieniędzy, nerwów, emocji… Warto?

Co konkretnie jest za tą cholerną szybą? Ideał, rzecz, a może stanowisko i łącząca się z nim określona pozycja społeczna? Może tak naprawdę chcesz czegoś, o czym masz znikome pojęcie? Przez to się rozbijasz, z każdą próbą odnosząc boleśniejsze rany. A może to… już nie boli?

Mijają kolejne dni, masz coraz mniej piór i sił. Znajome? Ludzie patrzą na Ciebie z pobłażliwością, no bo takie starania wbrew logice wydają się irracjonalne, śmieszne. Może mówią „patrz, leci nasz Ikar”. A może to nieistotne?

Upływa trochę czasu, „udaje Ci się” osiągnąć swoje cele. To wiele zmienia, chyba ciężko udawać zaskoczenie. Pytanie, czy dotarłeś do nich tym konkretnym „oknem”, na którego punkcie się zafiksowałeś?

Milczenie, jakże ono wymowne.

Próbujemy, nie wiedząc, czy faktycznie warto. Nie szczędzimy sił, nie żałujemy czasu, wierzymy w to, że tym razem… będzie sukces.

Osobiście nie lubię gołębi tak samo jak kiedyś, a jednak jednemu z nich zawdzięczam tekst, który kończysz właśnie czytać. Życie Cię zaskoczy, sam zobaczysz. Może nawet szybciej niż się tego spodziewasz.

To jak? Rezygnacja, racjonalizm czy różowe okulary? Dokonasz zimnej kalkulacji, pomijając lukrowane obietnice bez pokrycia? Polecisz odrywać swoje kawałki szkła, ryzykując tym, że zaboli? Czy jednak… nie?

 

Dodaj komentarz