Artykuł

Od Vincennes do Colombes, czyli Paryż 1924 i pierwsze polskie igrzyska

Wielkimi krokami zbliżają się letnie Igrzyska Olimpijskie w Paryżu. Już na przełomie lipca i sierpnia stolica Francji skupi wokół siebie oczy całego sportowego świata. Będziemy podziwiać współczesnych herosów rywalizujących o laury w najważniejszym i najpiękniejszym wydarzeniu czterolecia. Dzielące nas od tego czasu miesiące są dobrą okazją do wprowadzenia w świat igrzysk oraz powspominania – w końcu to właśnie tam dla Polski wszystko się zaczęło…

Dwie edycje – dwa oblicza

Miasto słynące z wieży Eiffla zostanie trzecim gospodarzem (po Londynie), które trzykrotnie ugości imprezę kończącą olimpiadę. Poprzednio miało to miejsce przed stoma laty. Wydarzenia z 1924 roku na zawsze pozostaną w pamięci Polaków. To właśnie wtedy reprezentanci naszego kraju po raz pierwszy uczestniczyli w letnich igrzyskach olimpijskich (kilka miesięcy wcześniej Biało-Czerwoni wzięli udział w zimowej odsłonie tego wydarzenia). Nad Sekwaną rywalizowano również, gdy Polski nie było jeszcze na mapach świata – w 1900 roku. Drugie w historii Igrzyska Olimpijskie przeszły do historii jako wyjątkowa farsa. Impreza była prawdziwym oczkiem w głowie Pierre’a de Coubertina – ojca nowożytnego olimpizmu. Francuz chciał za wszelką cenę zorganizować imprezę sportową podczas wystawy światowej, odbywającej się wtedy w stolicy swego kraju. W ostatniej chwili baron został jednak odsunięty od organizacji. Pod nowym kierownictwem rola wydarzenia była coraz bardziej marginalizowana. Termin „igrzyska olimpijskie” zaczęto zmieniać na „mistrzostwa świata” czy „igrzyska międzynarodowe”. W obliczu chaosu organizacyjnego katastrofa tego przedsięwzięcia była nieunikniona. Zawodnicy często nie wiedzieli, w jakich zawodach przyszło im brać udział. Impreza była rozciągnięta od 14 maja (pierwsza rozegrana konkurencja – szermierka) do 28 października (mecz Francji z Anglią w rugby)! Nieznana jest nawet dokładna liczba rozegranych konkursów. Wiele z nich odbywało się bowiem w ramach wspomnianej wystawy światowej. To dlatego na kartach historii zapisały się zmagania w locie balonem, pływaniu z przeszkodami czy… strzelaniu do żywych gołębi!

Pierre de Coubertin – ojciec nowożytnego olimpizmu, fot. Olympics.com.

Po 24 latach Paryż postanowił zatrzeć złe wrażenie i ponownie zorganizować igrzyska – tym razem z zupełnie innym skutkiem. Rzeczywistość w Europie, która otrząsała się po wojnie, była wtedy zupełnie inna w porównaniu do tej z 1900 roku. Cztery lata przed powrotem wydarzenia do Francji zorganizowano siódmą edycję imprezy w Antwerpii. Nazywano ją „olimpiadą wojenną”, ponieważ udział w niej brali w większości weterani. Jednym z najsłynniejszych bohaterów został wówczas Joseph Guillemot. Francuz wygrał bieg na 5000 metrów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie rywalizował z trwale uszkodzonym prawym płucem oraz sercem umieszczonym po prawej stronie klatki piersiowej, co było pozostałościami po pobycie na froncie. Do Belgii już wtedy mogła udać się reprezentacja Polski, lecz plany pokrzyżowała wojna z Bolszewikami. Sportowców znad Wisły zobaczyliśmy więc dopiero cztery lata później. Paryskie zawody przyćmiły sześć poprzednich odsłon, które zazwyczaj były organizowane chaotycznie i nieprofesjonalnie. Nie oznacza to jednak, że i tym razem obyło się bez niedociągnięć. Pierwszy przykład z brzegu – rywalizacja toczyła się od początku maja do końca lipca. To był ostatni raz, kiedy mieliśmy do czynienia z tak rozciągniętym harmonogramem, choć w kontekście poprzedniej imprezy w tym mieście i tak był to spory progres. Ponadto uczestnicy po raz pierwszy przebywali w wiosce olimpijskiej, gdzie mogli chodzić do restauracji czy korzystać z usług fryzjerskich. Rozmach przedsięwzięcia był dotąd niespotykany (wciąż nie umywa się to oczywiście do tego, co obserwujemy dzisiaj). Nad Sekwanę przyjechało trzy tysiące sportowców (dla porównania w 1900 roku było ich zaledwie tysiąc). Igrzyska zyskały także swój centralny obiekt. Był nim Stade Olympique de Colombes, gdzie odbywały się zmagania w lekkoatletyce, tenisie, jeździectwie, rugby, gimnastyce, kolarstwie oraz pięcioboju nowoczesnym. Niestety w 1924 roku kobiety wciąż stanowiły znaczną mniejszość wśród uczestników najważniejszej sportowej imprezy. Pierre de Coubertin nie był bowiem zwolennikiem rywalizacji płci pięknej w sporcie. Dla samego wskrzesiciela igrzysk Paryż był pożegnaniem z funkcją prezydenta Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Nad kolejną edycją w Amsterdamie de Coubertin nie sprawował już pieczy. Nie można nie docenić wkładu francuskiego barona w rozwój sportu – w czasie jego rządów igrzyska olimpijskie poczyniły niesłychany progres.

Olimpijskie historie Polaków przed Paryżem

Sportowcy z naszego kraju na rywalizację pod narodową flagą podczas igrzysk musieli czekać do 1924 roku. Nie oznacza to jednak, że nie pojawiali się na nich wcześniej, gdy naszej ojczyzny nie było jeszcze na mapach. Przenieśmy się w czasie do 1908 roku. Gospodarzem był wówczas Londyn. W zmaganiach w skokach do wody Stany Zjednoczone reprezentował George Gaidzik. Tak naprawdę był to Jerzy Gajdzik – urodzony w Chicago syn polskich emigrantów. W konkurencji skoków z trzymetrowej trampoliny lepsi od niego okazali się jedynie dwaj Niemcy – Albert Zürner oraz Kurt Behrens. To oznaczało brązowy medal! Wielka radość w związku z tym wydarzeniem ogarnęła również nasz kraj. Był to w końcu pierwszy krążek w historii zdobyty przez osobę polskiego pochodzenia.

Zabrakło naprawdę niewiele, a Polaka na olimpijskim podium mogliśmy doczekać się już w 1912 roku. Nasza ojczyzna znajdowała się wówczas jeszcze pod zaborami. Podczas zawodów jeździeckich na igrzyskach w Sztokholmie Rosję reprezentował urodzony w Grodnie Karol Rómmel. Porucznik pułku gwardii carskiej jechał po złoto w konkursie skoków przez przeszkody. Wraz z koniem Ziablikiem pewnie pokonywali kolejne przeszkody, gromadząc zaledwie cztery punkty karne. Wszyscy już szykowali się na dogrywkę o złoto z reprezentantem Francji. Gdy jednak do przeskoczenia zostały ostatnie tyczki, koń potknął się i runął na ziemię. Konsekwencją upadku dla Rómmla były złamane żebra i odległe miejsce w zawodach. Możemy mówić o prawdziwym pechu i chichocie losu.

Karol Rómmel, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

W końcu się udało

Po dwunastu latach niedoszły medalista olimpijski ze Sztokholmu ponownie pojechał na imprezę czterolecia, a wraz z nim 77 innych (nareszcie!) reprezentantów naszego kraju. Polacy nie mogli jednak korzystać z opisanych wcześniej wygód paryskiej wioski. Niewielkie środki zebrane na wyjazd pozwoliły na bardzo skromny pobyt w stolicy Francji. Do niej większość Biało-Czerwonych dotarła po wycieńczającej, 36-godzinnej podróży pociągiem w wagonach trzeciej klasy. Udało się znaleźć tanie zakwaterowanie w historycznej Szkole Polskiej Batignolles. W książce pt. Wspomnienia olimpijskie pobyt tam wspomina szermierz Adam Papée:

Wyjazd na Olimpiadę paryską to jedna wielka improwizacja. Nie mieliśmy pieniędzy, nie mieliśmy doświadczenia. Porządnie zmęczeni dobiliśmy do Paryża. Wylądowaliśmy na kwaterach w Batignolles. Cóż to były za kwatery? Na samo wspomnienie przechodzą ciarki. Ani się gdzie przyzwoicie umyć, ani wypocząć. Stłoczeni po kilkunastu w sali, bez opieki, bez kierownictwa. Na domiar złego nie mieliśmy gdzie trenować. A i z wyżywieniem nie było najlepiej.

Spartańskie warunki były jednak do zniesienia. Nikt nie oczekiwał od naszych reprezentantów nadspodziewanych wyników. O wiele ważniejsze było co innego – pokazanie odrodzenia Polski, która od teraz stała się pełnoprawnym członkiem sportowego świata.

Biało-Czerwonych można było podziwiać w kolarstwie, boksie, jeździectwie, piłce nożnej, lekkoatletyce, strzelectwie, żeglarstwie, wioślarstwie, zapasach oraz szermierce. W ostatniej z wymienionych konkurencji reprezentowała nas jedyna na tych igrzyskach Polka, Wanda Dubieńska. Wyniki w stolicy Francji nie rzucały na kolana. Do ostatniego dnia imprezy najlepszą lokatą uzyskaną przez naszego rodaka było siódme miejsce Wacława Okulicza-Kozaryna w zawodach zapaśniczych. No właśnie – do ostatniego dnia…

Wspaniały 27 lipca

Gdyby Polski Komitet Olimpijski dostał możliwość ustanowienia święta narodowego, ten dzień z pewnością stałby wysoko w rankingu. Cały Paryż szykował się do wieczornego zamknięcia siódmych igrzysk olimpijskich. Na arenach w stolicy Francji wciąż jednak trwały zmagania. Wysoką frekwencję na zawodach jeździeckich w Colombes zapewnił fakt, iż po nich zaplanowana była ceremonia zakończenia. Zawodom na tym obiekcie przyglądała się większość korespondentów z Polski. Drużyna jeździecka była bez wątpienia najmocniejszą kartą w talii naszej reprezentacji. Przed igrzyskami Polacy notowali świetne starty, na przykład na prestiżowych zawodach w Lucernie. Na imprezie czterolecia ciągle jednak coś nie wychodziło i żaden z naszych reprezentantów nie mógł zabłysnąć w świetle olimpijskiej chwały. Konkurs Prix de Nations był dla nas ostatnią nadzieją. Zanim jednak przyjrzymy się mu dokładnie, przenieśmy się na drugą stronę Sekwany.

W oddalonym o około 21 kilometrów Vincennes równolegle trwały bowiem zawody w kolarstwie torowym. W wyścigu drużynowym na dystansie 4 kilometrów Polskę reprezentowali Józef Lenge, Jan Łazarski, Tomasz Stankiewicz oraz Franciszek Szymczyk. W półfinale naszej drużynie przyszło zmierzyć się z przedstawicielami gospodarzy. Po przejechaniu pierwszego kilometra obecnym na trybunach Polakom posmutniały miny – Stankiewicz odpadł. Sytuacja stała się skomplikowana, trudno było przecież rywalizować trzech na czterech. Jednakże pech nie ominął i Francuzów. Jeden z trójkolorowych przebił oponę. Siły wyrównały się. Relacje z ostatnich chwil wyścigu oddajmy uczestniczącemu w nim Szymczykowi:

W konkurencji pozostało tylko trzech kolarzy polskich i trzech francuskich. Walka była niezwykle zacięta. Wynik był ostatecznie taki, że wyprzedziliśmy Francuzów mniej więcej o dwadzieścia metrów.

W ten sposób polscy kolarze awansowali do finału, a tym samym zagwarantowali sobie co najmniej srebro. Historyczny krążek dla naszej reprezentacji stał się faktem!

Wyścig o złoto rozegrano po zaledwie kilkudziesięciominutowej przerwie. W nim Biało-Czerwoni nie dali rady reprezentantom Włoch. Sportowcy z Italii lepiej poradzili sobie w wietrznych warunkach, które tego dnia panowały na torze. Niemniej jednak nikt nie mógł Polakom odebrać drugiego miejsca. Ludzie przebywający na stadionie w Colombes, w tym wysłannik „Kuriera Polskiego”, dowiedzieli się o tej nowinie za pośrednictwem głośników – (…) megafon zwiastował o zwycięstwie Polski nad Francją w drużynowym biegu kolarskim na cztery kilometry… Cisza zaległa trybuny… W chwilę potem rozległy się huczne oklaski i okrzyki Polaków… Oto Polska po raz pierwszy na Olimpiadzie weszła do finału – relacjonowano. Józef Lenge, Jan Łazarski, Tomasz Stankiewicz oraz Franciszek Szymczyk – to oni napisali historię polskiego olimpizmu, zostając pierwszymi medalistami najważniejszej imprezy w świecie sportu.

Srebrni medaliści wyścigu kolarskiego na 4 kilometry, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Powracamy do Colombes. W Polakach na trybunach ledwo opadła euforia po wieściach z toru kolarskiego, a już mieli kolejny powód do świętowania. W konkursie skoków Prix des Nations brało udział czterech Biało-Czerwonych. Wśród nich był wspomniany wcześniej Karol Rómmel – niedoszły medalista ze Sztokholmu. Podpułkownikowi trudno było jednak walczyć o dobrą lokatę. Startował na 19-latnim rumaku, który towarzyszył mu jeszcze podczas I wojny światowej. Na froncie Faworyt – bo tak nazywał się koń – odniósł dwie rany. Zwierzę już dawno powinno było być na zasłużonej emeryturze. Rómmel zgromadził w sumie osiemnaście punktów karnych za strącone przeszkody i mógł pożegnać się z marzeniem o olimpijskim krążku.

Zawody doczekały się innego bohatera znad Wisły – został nim Adam Królikiewicz. Polak startujący na koniu Picadorze pewnie przeskakiwał przez tyczki i uzbierał tylko dziesięć punktów karnych. Fantastyczna jazda pozwoliła na zajęcie trzeciego miejsca. Królikiewicz odczuwał jednak niedosyt spowodowany nie własną kondycją, a kontrowersjom związanym z rywalem z Włoch. Polak powinien być drugi! Przed nim uplasował się Tomasso Lequio di Assaba. Koń, którego dosiadał reprezentant Italii, zachwiał się przy zeskakiwaniu z jednej z przeszkód. Była to na tyle groźna sytuacja, że Lequio wyleciał z siodła i zawisł na koniu, zsuwając się stopniowo. Z pomocą ruszył mu będący nieopodal fotograf, który podtrzymał go przed upadkiem. To uratowało Włocha przed dyskwalifikacją. Polscy przedstawiciele mogli zainterweniować w tej sprawie i złożyć protest, lecz do tego nie doszło. Tym razem oddaliśmy srebro bez walki, która mogła być wygrana. Niemniej jednak brązowy medal wciąż był powodem do niebywałej dumy. Królikiewicz zdobył dla naszego kraju drugi medal olimpijski w historii, w tym pierwszy indywidualny. Z tym określeniem nasz bohater mógłby się jednak nie zgodzić – często podkreślał i wywyższał zasługi Picadora, który był jego życiowym kompanem.

Igrzyska w 1924 roku zapisały piękną kartę w historii polskiego sportu. Z pierwszej imprezy tej rangi Biało-Czerwoni wywieźli dwa medale, wywalczone w dramatycznych okolicznościach. 27 lipca na zawsze pozostanie dniem wspomnień z tej imprezy. To wydarzenie dało początek polskiemu olimpizmowi. Przez kolejne dziesięciolecia nasi reprezentanci z dumą i sukcesami rywalizowali na olimpijskiej scenie. Jakie to były sukcesy? O tym przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć…