Recenzja

Jak Phoenix z popiołów

Prawdopodobnie nie było w tym roku premiery filmowej, której bym aż tak wyczekiwał. Zresztą myślę, że nie tylko ja. Przecież fabuła opowiada losy Napoleona Bonapartego, jednej z najważniejszych postaci w dziejach świata, główną rolę odgrywa Joaquin Phoenix, laureat Oscara, partneruje mu Vanessa Kirby, znakomita aktorka, a na czele produkcji stoi Ridley Scott, legendarny reżyser. No i stało się. Oto 24 listopada do polskich kin wreszcie trafił Napoleon. I czar prysł…

Dwie wersje zdarzeń

Na samym początku trzeba zwrócić uwagę na fakt, że powstały dwie wersje tego filmu (nie, nie chodzi o to, że przedstawiają one inne fakty). Produkcja, którą widzowie mogą obecnie oglądać w kinie, jest krótsza. Trwa 2 godziny i 38 minut. A niebawem na platformę streamingową Apple+ trafi wersja reżyserska, trwająca aż 4 godziny i 10 minut. To sprawia, że film, na który ludzie wybierają się do kin, jest niesamowicie pocięty, często w dziwnych i nieodpowiednich miejscach. Niejednokrotnie sceny nie łączą się ze sobą i są bardzo krótkie (nawet kilkunastosekundowe). Bywa też tak, że trudno się domyślić, o co w nich chodzi.

Ambicja i ego Bonapartego

Przepraszam. Nie chciałam.

Podobno były to ostatnie słowa Marii Antoniny, która, idąc w kierunku gilotyny, nadepnęła katowi na nogę. Można to odnieść również do całego jej życia, które przedwcześnie zakończyła z powodu nieudolnego sprawowania władzy wraz z mężem Ludwikiem XVI. Oboje nie chcieli rządzić. I tym różnili się od Napoleona. Charyzma i przeświadczenie o byciu wyjątkowym wiodły go przez liczne sukcesy, ostatecznie jednak doprowadzając do hucznego upadku. Tymczasem w filmie ta postać jest pusta, nijaka. Nie widać u niego dużej ambicji. Przynajmniej towarzyszy mu wygórowane ego. Ale dlaczego został tak przedstawiony? Nie potrafię tego zrozumieć. Przecież te dwie cechy muszą się łączyć u postaci takiego pokroju. Jego osobowość naprawdę jest w tej produkcji dość dziwnie zbudowana. Czasem np. skromnie dziwi się, gdy poszczególne urzędy, takie jak korona cesarska, były mu proponowane przez innych. Nie wierzę, żeby było tak w rzeczywistości. Dużo bardziej logiczne i prawdopodobne wydaje się, że to raczej on dążył do zdobycia kolejnych tytułów, tak jak pragnął powiększać terytorium.

Bitwy

Parafrazując Witolda Gombrowicza, trzeba przyznać, że Napoleon wielkim strategiem był. To jego pomysły taktyczne oraz mowy motywacyjne (m.in. Żołnierze! Patrzy na Was czterdzieści wieków! z bitwy pod piramidami) przechylały szalę zwycięstwa. Akurat momenty z bitwami to najlepsze, co dzieje się w tym filmie. Zapowiadano spektakularne, stworzone z rozmachem, epickie wręcz sceny walk, i takie właśnie są. Na mnie największe wrażenie zrobił fragment z bitwą pod Austerlitz. Tam Napoleon, właśnie dzięki geniuszowi, w cuglach pokonuje połączone wojska cara Rosji Aleksandra I z władcą austriackim Franciszkiem Habsburgiem. Dodatkowym uatrakcyjnieniem jest lodowata, śnieżna sceneria. Można też docenić formowanie się w czworoboki wojsk brytyjskich pod Waterloo.

OK, pochwaliłem. Teraz powiem o mankamentach, a niestety nie brakuje ich nawet tutaj. Zacznijmy od tego, że lód i śnieg pod Austerlitz wykorzystano w filmie tylko dla większej efektowności. Świadczyć o tym też mogą słowa, które Napoleon mówi pod Moskwą w 1812 roku:

Oto słońce spod Austerlitz.

Wspomniałem także o jego zmyśle taktycznym, dzięki któremu wygrywał poszczególne bitwy. Szkoda, że wcale nie pokazano tego w filmie. Przy żadnej z bitew nie ma sceny, w której opowiadałby, jakimi strategicznymi manewrami postanowił zaskoczyć przeciwną armię. Jedyne, co widać, to ruchy ręką, kiedy mają zostać odpalone działa. I jak już jesteśmy przy armatach, to zostańmy przy nich, by powiedzieć o egipskich bitwach. Z pewnością nie było tak, że strzelano z nich do piramid. Były one oddalone o 24 kilometry od pola bitwy, a działa były skuteczne na dystansie maksymalnie około 1 kilometra. Poza tym Bonaparte nie opuścił Afryki, bo dowiedział się o zdradzie Józefiny. Owszem, wrócił szybciej do kraju, ale to dlatego, że w Egipcie już nie było szans na zwycięstwo i chciał jak najszybciej odbudować swoje wojska. A walka pod Waterloo? Zgodnie z tradycją epoki Napoleon wolał raczej obserwować z boku i dowodzić, niż samemu się bić. Dlaczego więc film pokazuje co innego? W dodatku na końcu bitwy ucieka. Zupełnie jakby ta scena powstała tylko po to, by pokazać jego tchórzostwo! Ale czy rzeczywiście był tchórzem? Wiadomo przecież, że gdyby zaczął walczyć, byłby głównym celem dla wroga. A jeśliby zginął? Wojska zostałyby wówczas bez dowódcy, a w konsekwencji zrodziłby się chaos i powstałaby autostrada do przegranej. A co jest nie tak w oblężeniu Tulonu? Nie do końca rozumiem pokazane zachowania Napoleona. Film ukazuje go w tamtym momencie jako przestraszonego i mocno zestresowanego. Mogło tak być, bo miał wtedy nieco ponad 20 lat. I można było ciekawie zbudować postać, która przechodzi metamorfozę. Ale to się nie dzieje po upływie krótkiej chwili. A w filmie od tego czasu do końca nasz bohater jest już cały czas taki sam.

Pominięci

Są dwie narodowości praktycznie zignorowane w tej produkcji: Włochy i Polska. Włosi przecież właśnie wtedy po raz pierwszy od średniowiecza liczą się na świecie, właśnie dzięki Napoleonowi. Wątek jego prezydentury, a potem królowania w Italii został jednak kompletnie pominięty przez twórców. Ale skupmy się na polonikach, bo jako Polak to głównie ich wypatrywałem. Wbrew pozorom można było mieć w tej kwestii spore oczekiwania. Niestety również tu rozgościło się rozczarowanie. Tylko dwie sceny nawiązują do naszego kraju. W pierwszej z nich, Napoleon w liście do Józefiny wymienia Polskę (jako ostatnią…) wśród armii państw, z którymi maszerował w kierunku Rosji. Drugi fragment, dużo trudniejszy do wychwycenia, to bitwa pod Waterloo, gdzie polski szwoleżer poleca Napoleonowi ucieczkę z pola bitwy. Najwyraźniejszym wątkiem pozostaje jednak fakt, że autorem zdjęć do filmu jest Dariusz Wolski.

A czego w takim razie nie pokazano? Jako pierwsza na myśl przychodzi Maria Walewska, kochanka głównego bohatera (mieli razem również syna Aleksandra, który potem został ministrem spraw zagranicznych, ministrem kultury i sztuki czy marszałkiem Zgromadzenia Narodowego we Francji). To właśnie romans z nią przekonał go do wzięcia rozwodu z Józefiną. Maria odwiedziła go również na Elbie, czyli wyspie, na którą został zesłany po abdykacji. Ale sfera miłosna nie jest jedyną powiązaną z tą postacią. Przejdźmy do wojskowości. Tamte lata to czas, gdy Polska zniknęła ze światowych map, więc szukała pomocy w różnych rozwiązaniach. Walka u boku Napoleona była jednym z nich. Przecież walczył on m.in. z zaborcami. Polscy żołnierze byli niezwykle oddani i waleczni. Brali udział w wielu wyprawach wojennych Bonapartego. Najbardziej zabłysnęli w bitwie pod Somosierrą, gdy trzeci szwadron zdołał przełamać obronę Hiszpanów i zdobyć przełęcz (żadna inna jednostka nie potrafiła tego zrobić). Ale oczywiście o tej bitwie nawet się w filmie nie wspomina. Tymczasem Polacy pozostawali mu wierni do ostatnich jego chwil w polityce. Na Elbie towarzyszył mu szwadron szwoleżerów pod dowództwem Pawła Jerzmanowskiego.

Aby zwieńczyć ten fragment tekstu, posłużę się jeszcze jednym polonikiem. Jest to cytat Napoleona (nawet ich próżno szukać w filmie):

W Polsce zetknąłem się z piątym żywiołem: błotem.

Probrytyjska produkcja

Lata, o których mowa w filmie, to czasy brytyjskiej rywalizacji z Francją. Znaczna większość twórców tej produkcji to Brytyjczycy. Czy jest to więc stronnicze dzieło? Stop, zapędziłem się. Stronnicze — tak, dzieło — nie. Niestety jest to powielenie kłamstw i mitów z XIX wieku, m.in. o niskim wzroście Napoleona, który mierząc 168 cm wcale się wtedy nie wyróżniał. Ponadto gdybym wspomniał, że można było w filmie posłużyć się językiem francuskim, to zapewne wymagałbym zbyt wiele. W ten sposób jednak można było pokazać, że Bonaparte używał do komunikacji korsykańskiego, bo nigdy w pełni nie nauczył się francuskiego. Rozumiem, że angielski jest międzynarodowym językiem, ale skoro ja sobie poradziłem oglądając film z napisami, to prawdopodobnie Anglicy też daliby radę ten jeden raz.

Dlaczego?

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na kilka faktów, które należy skrytykować. Zacznijmy od tego, że Joaquin Phoenix jako Napoleon przez cały film, czyli od roku 1793 do 1821, a więc będąc w przedziale wiekowym 24-51 lat, cały czas wygląda tak samo. A przecież można było odpowiednio ucharakteryzować Phoenixa lub zatrudnić dwóch aktorów do zagrania francuskiego wodza. Uważam również, że twórcy nie oddali właściwej rangi wątku koronacji Napoleona na cesarza. We Francji było to wielkie wydarzenie, tym bardziej w kontekście niedawnej rewolucji. Dawało ono nadzieję, że po latach chaosu w kraju wreszcie nastąpi stabilizacja. Napoleon miał również na tyle mocną pozycję, że ówczesny papież Pius VII przybył do Paryża praktycznie na jego życzenie. Bonaparte koronował się jednak sam, marginalizując i niejako upokarzając głowę Kościoła. A co pokazuje film? Owszem, sam wkłada sobie koronę, ale o papieżu nie ma ani słowa. W dodatku fragment z ceremonii trwa zaledwie kilka minut. Dlaczego tak to wyglądało? To pytanie można odnieść niemal do każdej sceny. Często nie da się sensownie odpowiedzieć, czemu konkretne wydarzenia przedstawiono tak a nie inaczej. Ale w powyższych wersach poświęciłem wiele słów na pisanie o zakłamaniu faktów, więc już sobie to daruję. Phoenix ma już pewnie aż tak dość mojego tekstu, że zatyka uszy. Poza tym nie chcę, żeby Ridley Scott miał do mnie pretensje, tak jak beształ historyków, którzy wytykali błędy w jego produkcji.

Podsumowanie

Niestety produkcja nie spełniła moich oczekiwań. Czy były one wygórowane? Sądzę, że nie. Od reżysera i aktorów takiego formatu wymagam nieco więcej, a historia i postać do przedstawienia naprawdę były arcyciekawe. Mogę pochwalić Vanessę Kirby, ponieważ rolą drugoplanową wznosi się ponad poziom filmu. Ale czy Joaquin Phoenix grał na miarę swoich możliwości? Wydaje mi się, że nie sprawił, by dało się odczuć, jakby Napoleon ożył, jak np. Elvis Presley. Bonaparte nie odrodził się jak Feniks z popiołów. Śpi sobie słodko od dwóch stuleci i postanowił nie tracić czasu na obserwowanie poczynań Phoenixa. I słusznie. A była to tego typu rola, w której można błyszczeć. Nie zagrał jednak porywająco. Jeśli natomiast chciałby zobaczyć wybitne wcielenie się w autentyczną postać, polecam mu obejrzeć film Johnny i zobaczyć, jak z bardzo trudną rolą księdza Jana Kaczkowskiego świetnie poradził sobie Dawid Ogrodnik.

A wracając do filmu jako całości, ze smutkiem muszę stwierdzić, że jest on niesamowicie nudny. Zdaję sobie sprawę, że mamy tu dużo do opowiedzenia, a więc będzie on długo trwał, a skoro tak, to trudno utrzymać widza w ciekawości i emocjach. Ale przypomnijmy sobie trzygodzinnego Oppenheimera. Historia dużo mniej znana, ale o wiele lepiej opowiedziana i świetnie zagrana przez odtwórców poszczególnych ról. Cóż, wielka szkoda, że autorzy Napoleona nie dołożyli wszelkich starań, by stworzyć dzieło, jakiego z pewnością warta była ta historia.

Moja ocena:

4/10