Opowiadanie

Letni deszcz

Ciężkie deszczowe krople spadały na odsłonięte ciało. Mokry piasek delikatnie żłobił maleńkie wgniecenia w złocistobrązowej skórze. Ciepły letni deszcz. Taki najprzyjemniejszy, jeśli już w ogóle trzeba wybierać, który deszcz określić takim przymiotnikiem. Jeśli już w ogóle trzeba mówić o deszczu. Chociaż tutaj akurat trzeba dość często, szczególnie w porze deszczowej, kiedy niebo nieustannie płacze. Kiedy płacze tak często, że wydawać by się mogło, iż nie ma aż tylu smutków, co spowodowałyby taki lament. Wtedy dochodzi się do wniosku, że może nie ze smutku, lecz ze śmiechu tak płacze, ale to wydaje się jeszcze mniej prawdopodobne. Szczególnie w obliczu ostatnich badań, które doniosły, że dorosły człowiek uśmiecha się tylko około 20 razy na dzień. Co innego, gdyby założyć, że te łzy należą do dziecka, śmiejącego się nawet 400 razy dziennie. Choć wątpliwe jest klasyfikowanie i definiowanie ludzkimi wyznacznikami tego letniego deszczu. To może nie być ani dorosły, ani dziecko. Może płakać ze śmiechu, smutku lub z jeszcze innego powodu. Może w ogóle nie płakać, tylko tak sobie – po prostu – padać.

Ciężkie deszczowe krople spadały na odsłonięte ciało. I wciąż ich przybywało, niczym ptaków w niekończącym się kluczu widocznym na niebie, poderwanym dopiero co z rozległego pola pszenicy, które lecą nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd. Palce, sunące bezwiednie niczym podczas snu lunatyka, rozmazywały drżące krople po gładkiej powierzchni. Gładkiej momentami, bo zaraz potem pokrytej wyboistą fakturą dreszczy. Tak, dreszczy. Bo gęsia skórka to określenie bardzo pospolite. Zupełnie nienadające się do opisywania nietuzinkowego indywiduum, jakim jest letni deszcz. Nietuzinkowy i niepospolity. A jednak oczekiwany w porze deszczowej i niejako nudny momentami. Chyba przez tę pewność, że będzie, że spadnie. Pewność popartą prognozą pogody, ale to nie ważne, bo człowiek jest mistrzem udawania. Więc co mu szkodzi poudawać, że się tej nowej ulewy zupełnie nie spodziewał? Że jest wręcz zszokowany kolejnymi kroplami. Że spadły. Że znowu spadły z nieba. I to nie od niechcenia, ale z całym zaangażowaniem. Od razu tutti, bez ouverture, bez jakiejkolwiek zapowiedzi. Tak po prostu zwaliły się człowiekowi na głowę – ad hoc. 

Ciężkie deszczowe krople spadały na odsłonięte ciało niczym szklane dźwięki miniatur fortepianowych, co moszczą się wygodnie w uszach słuchaczy. Podniosło się więc. Otrzepało drobinki piasku, ale tak od niechcenia, jakby rutynowo, czy z przyzwyczajenia lub odgórnej nieuświadomionej idei otrzepywania się ze złotych drobinek. Poszło. Zostawiając za sobą te symboliczne ślady na piasku, co inspirowały już i do wierszy i do kazań. Poszło do prawie pustego salonu, w którym wzrok jedynie przyciąga stare pianino z porysowaną klapą i pożółkłymi klawiszami. Ułożyło złotobrązowe palce na klawiszach. Piasek osypał się między nie. Zagrało.
Letni deszcz zamarł zasłuchany. I krople w spowolnionym tempie zaczęły uderzać o ziemię. Trochę tak, jakby nie chciały zagłuszyć melodii. Słodkiej letniej melodii. Zagranej przez ciało z delikatnymi wgnieceniami, wyżłobionymi przez mokry piasek, co leżał teraz dokoła również zasłuchany.

Studentka Uniwersytetu Rzeszowskiego na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Uwielbiam kwiaty, dobrą muzykę, koty i domowe wypieki. Piszę, by dzielić się moim światem i wrażliwością.