„Nie dziwię się, że ludzie idą na studia – ostatecznie sama bym to zrobiła”

„Co dalej…?” Każdego roku taki dylemat dotyka milionów maturzystów. Większość z nich decyduje się na studia, jednak jak później weryfikuje życie nie do końca zgodne z ich predyspozycjami. Kinga zaryzykowała i mimo niezadowolenia rodziny, wybrała ścieżkę kariery dotychczas mało spotykaną – tatuowanie. Czy żałuje?

 

[A]leksandra [K]ułak: Chciałaś kiedykolwiek pójść na studia?

[K]inga: Oczywiście, ale zupełnie nie byłam co do tego pomysłu przekonana. Jeśli jednak musiałabym wtedy zdecydować, z pewnością byłaby to grafika komputerowa.

A.K.: Co zatem sprawiło, że zaczęłaś myśleć o tatuowaniu?

K.: Nie pamiętam dokładnie tego momentu. Kiedy przyszła matura, pojawiła się u mnie, jak u większości moich znajomych, obawa przed tym, co dalej. Długo biłam się z myślami: czy pójść na studia, jeśli nie jestem do końca pewna, czy tego w ogóle chcę, czy może zrobić sobie rok przerwy, popracować i życie samo mi coś podpowie?

A.K.: Podpowiedziało?

K.: Tak jakby. Po maturze wyjechałam za granicę do pracy. Po powrocie, podczas spotkania ze znajomymi,  kolega przypadkowo zauważył moje stare rysunki. Powiedział wtedy: „Jakbym tak rysował, to zacząłbym dziarać”. Wróciłam do domu i pomyślałam: „Dlaczego nie?”. Każdy wie, że tatuaże nie należą do tanich przyjemności, więc dałabym radę się utrzymać. Poza tym mogłabym swoją największą pasję – rysunek, przenieść na trochę inną płaszczyznę, dużo ciekawszą, a przede wszystkim od dawna bardzo mi imponującą.

Wyprowadziłam się do Rzeszowa. Znalazłam pracę, a moim najważniejszym celem w tamtym czasie stała się nauka tatuowania.

A.K.: Jak odebrała Twoją decyzję rodzina?

K.: Moi rodzice oczekiwali, że pójdę na studia. Niestety, musiałam ich trochę rozczarować. Najpierw powiedziałam, że robię sobie rok przerwy. Później jakoś musieli zrozumieć to, że decyduję się w ogóle nie studiować. Obecnie ich stosunek do mojego zawodu jest ciekawy – tata tego nie komentuje, a mama uważa, że wszystko jest w porządku, dopóki nie tatuuję siebie 😊 (Mam już kilka tatuaży, w tym także te autorskie.)

A.K.: Dlaczego Rzeszów?

K.: Pomyślałam, że to idealne miejsce na start. Moim celem był najpierw zarobek, aby kupić potrzebny sprzęt i stawiać pierwsze kroki w tatuowaniu na sztucznej skórze, a później kontakt z kimś doświadczonym i możliwość przyuczenia. Poza tym Rzeszów to miasto nie tak drogie jak inne miasta Polski, no i większość znajomych wybrała to miejsce do studiowania. Nie bałam się, nie byłam sama, chciałam spróbować.

A.K.: Jak wyglądało Twoje życie w Rzeszowie?

K.: Jak na zaledwie rok, to z pewnością mogę się pochwalić ogromną ilością miejsc, w których miałam przyjemność (mniejszą lub większą) pracować. Zaczynałam od stawki 5,50 zł za godzinę. Nie byłabym w stanie się wtedy utrzymać, gdyby nie pomoc ze strony rodziców. W kolejnej pracy nie zarabiałam wiele więcej, poza tym pracowałam 13–16 godzin dziennie… Tam wytrzymałam najdłużej, bo pół roku (do tej pory zastanawiam się, w jaki sposób). Po przygodzie z gastronomią miałam już tylko dorywcze zajęcia; mój rekord to jeden dzień na kasie w sklepie spożywczym. Nie potrafię się męczyć w pracy – jeśli mi się coś nie podoba, to po prostu ją zmieniam. Żadna z nich wtedy nie odpowiadała moim zainteresowaniom, dlatego nie zależało mi, nie bałam się utraty stanowiska. W międzyczasie nieustannie szkoliłam się na własną rękę, robiłam projekty na zamówienia ludzi i dziarałam na sztucznej skórze.

A.K.: Przychodziły momenty zwątpienia?

K.: Raczej nie. Miałam małą chwilę zawahania, kiedy jeden ze znanych mi tatuażystów powiedział: „nie każdy, kto ładnie rysuje, może tatuować”. Pomyślałam wtedy: „Może rzeczywiście? Może to nie dla mnie?”.

Na szczęście mi przeszło.

A.K.: Jak zdobywałaś kontakty do tatuażystów, którzy zgodziliby się na uczenie Cię?

K.: Dzięki mediom społecznościowym znalazłam kilka ciekawych osób i po prostu do nich napisałam. Jeden z tatuażystów zgodził się (zupełnie bezinteresownie) nauczyć mnie wszystkiego od podstaw! To na nim wykonałam swój pierwszy w życiu tatuaż. Myślę, że nawet sobie nie zdaje sprawy z tego, jak bardzo mi wtedy pomógł i zmotywował do dalszej pracy. Generalnie uważam, że miałam naprawdę dużo szczęścia, bo w dzisiejszych czasach trudno spotkać się z podobną bezinteresownością, dlatego powiedziałam sobie, że chciałabym w przyszłości pomóc w taki sam sposób komuś innemu.

A.K.: Trudno było zacząć tatuować na własną rękę?

K.: Myślę, że miałam trochę lepiej niż ktoś, kto zaczyna totalnie od zera. Ja podczas swojej nauki cały czas robiłam projekty na zamówienie osób, które wykonywały tatuaże w innych studiach, dlatego Ci, z którymi miałam stały kontakt, właściwie czekali tylko, aż sama ruszę z działalnością. Nie oczekiwałam długo na pierwszych klientów.

A.K.: Co okazało się najtrudniejsze w tatuowaniu?

K.: Zdolność wbicia igły na odpowiednią głębokość. Tego nie da się nauczyć, to po prostu trzeba czuć. Poza tym nie widzę innych większych trudności, jeśli rzeczywiście kocha się swój zawód i stara się być najlepszym.

Tatuowanie to pasja i coś, co szczerze kocham, ale wiadomo, że wszystko ma swoje plusy i minusy. Do tych drugich należy fakt, że muszę być niezwykle elastyczna i czasem wymaga to ode mnie dużej wytrzymałości psychicznej. Sama wykonuję projekty, sama się zaopatruję w materiały, sama prowadzę zapisy i dogaduję warunki z klientami, sama prowadzę profile w mediach społecznościowych, no i sama też tatuuję.

A.K.: Jesteśmy teraz w Krakowie. Dlaczego zdecydowałaś się jednak znowu przeprowadzić?

K.: Nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Przez ponad rok mieszkania w Rzeszowie zdobyłam mnóstwo doświadczenia, bez którego pewnie nie byłoby mnie teraz tu, gdzie jestem, ale pokazało mi to również, że stolica Podkarpacia to nie do końca miejsce dla mnie.

A.K.: Co masz na myśli?

K.: W Krakowie podoba mi się jego wielokulturowość i fakt, że większość ludzi nie zwraca uwagi na to, że ktoś ma tatuaże, a nawet jeśli, to nie stanowi to dla nich powodu do zgorszenia czy czegoś w tym stylu – dla nich to coś naturalnego i jak najbardziej akceptowalnego. W Rzeszowie wiele razy zostałam zaczepiona na ulicy, gdzie ktoś niechętnie odnosił się do moich tatuaży. Kiedyś przypadkowa kobieta złapała mnie za rękę (na której mam wytatuowany motyw kwiatowy) i stwierdziła, że „jestem opętana”.

Poza tymi wszystkimi aspektami, Kraków to zdecydowanie większe możliwości, jeżeli chodzi o klientów. Mam ich tutaj dużo więcej.

A.K.: Planujesz zostać na stałe?

K.: Nie. Ogólnie rzecz ujmując, nie czuję przywiązania do jednego miejsca. Jestem tam, gdzie uważam, że będzie mi się lepiej żyło i gdzie czuję się po prostu dobrze.

A.K.: Jest coś, czego żałujesz?

K.: Tylko jednego: że nie zaczęłam szybciej i odeszłam w liceum od swojej największej pasji – rysunku.

A.K.: Masz zatem jakąś radę dla tegorocznych maturzystów?

K.: Jeśli ktoś nie jest pewny swojego wyboru, niech nie idzie na siłę na studia. Rok przerwy to naprawdę wystarczająco dużo czasu, by dokładnie zastanowić się, czego tak faktycznie chcemy (sama jestem tego przykładem); czasami przypadek potrafi sprawić, że nasze życie obiera zupełnie inny kierunek niż byśmy to sobie wyobrażali. Jak to mówią: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana (czy jakoś tak).

A.K.: Pięknie! Dziękuję Ci za rozmowę.

K.: Również dziękuję.

 

 

Wszystkich zainteresowanych twórczością mojej rozmówczyni zapraszam do odwiedzin jej prywatnego profilu @mrskingaa na Instagramie.

 

Dodaj komentarz