Reporterskie ,,oko” – czyli o czymś innym niż koronawirus

11:00

Jest mroźny dzień. Z racji tego, że jestem typem zmarzlaka, skala mrozu zaczyna się dla mnie wcześniej niż dla innych, bardziej normalnych pod względem tolerancji ciepła ludzi. ,,Zimno” to takie słowo w moim spisie wyrazów, które odchodzi w niepamięć tylko latem (oczywiście przy dobrych wiatrach). „Tak więc znów jedyne trzy stopnie na zewnątrz, no mróz”– myślę, zerkając z dezaprobatą na termometr.

Patrzę na niego (na termometr oczywiście) w taki sposób, jakby mnie zawiódł, próbując wyrazić, że przecież jeden z pierwszych dni stycznia to idealny czas, aby przybliżać się do lata. Powinien choćby spróbować negocjacji z pogodą, zamiast jak zwykle beznamiętnie pokazywać wartości na minusie, jakby w ogóle go to nie ruszało (taki żarcik).

Po tym jak uznaję, że nie wygram z prawami natury, sięgam po pluszowe, podwójnie ocieplane skarpetki i sweter – poranny zestaw dla kochających zimę inaczej. Godzina 11 to odpowiednia pora, aby wstać – szczególnie w dzień wolny od pracy. Pisząc to, chyba zupełnie nie mam zamiaru bronić się przed stwierdzeniem, że nie dość, że maruda, to jeszcze śpioch.  Takie uroki zdalnego życia…

 

11:05 i 30 sekund później

Kolejny po termometrze jest budzik – jak co dzień należy pośpiesznie wyłączyć tę bestię, zanim obudzi cały blok (dobrze, że o 11 nie mamy już ciszy nocnej, bo wyje jak syrena strażacka), a następnie udać się po kawę. To dopiero ona nadaje dniu prawdziwy sens. Nie licząc oczywiście porannej modlitwy, która utwierdza mnie w przekonaniu, że mam wystarczająco dużo siły, aby zrobić kolejny mikrokroczek w stronę lepszego jutra, a także by być miłą tudzież zaradną wobec ludzi i problemów. Dobrze, wróćmy jednak do kuchni – zanim rzucę się w wir domowych zajęć, postanawiam świadomie w pełnym tego słowa znaczeniu zaryzykować zapoznanie się z faktami ze świata. Jakoś tak się to chyba nazywa. Kiedyś lubiłam prasówkę, teraz…. Sam rozumiesz.

 

Z woli pilota

Klikam słynne ,,ON”, a przewrotny los podsuwa mi pod nos coś o wiele lepszego niż garść pesymistycznych informacji na temat wirusa czy towarzyszących temu zawiłości, zabierając mnie niepostrzeżenie w świat talentu, pasji i…. wytrwałości. To ostatnie słowo jest o tyle kluczowe, że osobiście czasem bywam mało cierpliwa. Moim oczom ukazuje się historia człowieka w słusznym wieku. Malarz, ojciec, artysta, ale przede wszystkim rzemieślnik. Okazuje się, że to jeden z materiałów emitowanych przez regionalną telewizję TVP3 Rzeszów w cyklu odcinków ,,Z życia regionu”. Nie wiem jak u Ciebie, Drogi Czytelniku, ale dla mnie historie ludzi żyjących blisko nas są szczególnie wymowne i inspirujące. Fabuła tak szybko mnie wciąga, że dopiero po obejrzeniu całego materiału orientuję się, że pół kubka (już zimnej) kawy czeka na mnie na blacie. Jednak nie jest to dla mnie już takie ,,fuj” jak wydawałoby się wcześniej. Mam oczywiście na to wytłumaczenie, chyba nawet całkiem logiczne. Nawiązując do obejrzanego przeze mnie reportażu, zaryzykuję stwierdzenie, iż obejrzany przez nas materiał zawsze coś nam daje, może nawet trochę namieszać.

Warto na pewno zwrócić uwagę na jakość naszego samopoczucia tuż po przyjęciu zbyt dużej dawki emocjonalnie przesyconych informacji w obecnych, bez wątpienia trudnych czasach pandemii i jej żniw. Wróćmy jednak do tego reportażu, bo naprawdę był niezwykły. Korzystając z uwagi, którą, mam nadzieję, udało mi się przykuć, chciałabym teraz troszkę o nim opowiedzieć. O Nim, czyli o głównym bohaterze owego reportażu – Panu Jerzym Szerstobitowie.

 

 

Ostrzeżenie dla czytających dalej

Jak nakreśliłam powyżej, odpowiednio wcześnie ostrzegam, że to, co przeczytasz teraz może znacznie wpłynąć na perspektywę postrzegania zjawisk i ludzi, znacznie poprawić nastrój, zmodyfikować nastawienie do świata czy swoich obowiązków (szczególnie kiedy również wstajesz czasem w południe z nosem na kwintę). Moim zdaniem reportaż pt. “Papa Georgiou” ma realną szansę szczególnie dobitnie pokazać Ci prawdziwe oblicze samego siebie, chcącego od życia czegoś więcej niż lata w zimny dzień. Dobrze, teraz kiedy kwestie formalne mamy za sobą, możemy nareszcie przejść do właściwej treści filmu.

 

,,Zrobiłem krok, teraz trzeba się podciągnąć drugą nogą, pójść dalej”

Zacznę ten akapit od zaznaczenia, iż są to słowa wypowiedziane przez Mistrza. Bohaterem reportażu, na który przypadkowo (bądź też nie) trafiłam, jest człowiek otoczony całym mnóstwem obrazów. ,,To dość naturalne jak na artystę, malarza”– wytkną mi ci bardziej ironiczni i zdystansowani, zapewne wskazując, że ciężko być malarzem bez dorobku artystycznego. Już zatem dookreślam sylwetkę Pana XYZ, w tym przypadku wybitnego artysty Jerzego Szerstobitowa. Jest to niezwykle utalentowany człowiek, który obecnie mieszka i tworzy w Łańcucie. Blisko, prawda?

 

 

Droga Pana Jerzego w nasze rejony nie była prosta czy usłana różami. W filmie Artysta pokazuje nie tylko ulubione miejsca w kontekście tworzenia, ale robi coś więcej – wraca wspomnieniami do dobrych i złych momentów życia. Z pełną świadomością podkreśla także fakt, że życie rzadko jest komfortowe. Przyglądając się historii życia Pana Jerzego, zamkniętej w kilkunastu klatkach, towarzyszymy mu w czasem trudnych wspomnieniach, jak np. kilku przeprowadzkach, rozstaniu z żoną, wychowaniu trójki dzieci, również artystów. Mamy jednak stale wrażenie, że przez cały ten czas próbował uśmiechać się do życia. Mnie osobiście, szczególnie to ujęło.

Przez szklany ekran spotkałam człowieka mającego całe mnóstwo pomysłów na nowe obrazy z przedziału malarstwa sakralnego, ale tworzącego na zamówienia portrety świeckie. Jednocześnie boleśnie świadomego tego, że aby tworzyć tak, jak się chce i móc się temu poświęcić, trzeba uprzednio zarobić na taką możliwość. Zobaczyłam też coś pięknego – brak zgorzkniałości, a zamiast jej otwartość na innych ludzi, szczególnie młodych, poszukujących, chęć podania im ręki zanim samodzielnie wzbiją się do lotu.

Jerzy Szerstobitow urodził się w Kijowie, tam też w roku 1985 ukończył Kijowską Akademię Sztuk Pięknych. W Polsce przebywa od 1991 roku. Początkowo zawodowo i twórczo związany był z Krakowem, Ojcowem i Pieskową Skałą. Dopiero później trafił na Podkarpacie. Minione lata pokazują, że nasz region czymś musiał go ująć. Pan Jerzy to osoba o wielkim doświadczeniu artystycznym. Swoje prace wystawiał nie tylko w Polsce, ale także m.in w Anglii, Gruzji, Bułgarii, Słowacji, na Ukrainie i w Rosji. Sam o sobie mówi, że przez sztukę, “która nie zna granic”, jest otwarty na życie ludzi, a poprzez swoją wrażliwość i emocjonalność dzieli się swoim talentem z innymi.

 

Próbując zmierzyć wielkość człowieka

Jako, że prawdziwą wielkość znanych i podziwianych potwierdzają osoby z ich bezpośredniego otoczenia, przywołam sylwetkę młodego chłopaka, który wypowiada się w reportażu, nie zdradzając jego tożsamości. Z rozbrajającą szczerością wspomina on, że zawsze był ,,trochę lawirantem”, nigdy nie czuł się wybitny, jednak dostając szansę i trafiając pod skrzydła mistrza, wiele się w nim zmieniło. Chłopak wypowiada się prosto, czasem trochę topornie, ale chyba tym mocniej trafia to do widza. Spoglądamy na Mistrza przez pryzmat słów jego ucznia, widząc dobrego człowieka, kogoś, kto raczej chce wesprzeć i pomóc budować niż zdeptać, patrzeć krzywo i wskazać z ironią liczne mankamenty. Widzimy nadzieję na rozwój. Sposobność czerpania wiedzy od kogoś, kto doskonale zna warsztat i chce dzielić się tą wiedzą, to bardzo wiele, a docenienie tej wartości i wdzięczność za poświęcony czas i energię są raczej bezcenne.

 

 

Techniczna strona mocy

Autorem scenariusza i reżyserem filmu pt. ,,Papa Giorgio” jest Kornel Pieńko, natomiast zdjęcia wykonał Piotr Dubiel, który także zmontował poszczególne sekwencje i oprawił go muzycznie. Udało mi się ustalić, oczywiście z drobną pomocą wyszukiwarki, iż sam film powstał z inicjatywy dyrektora Miejskiego Domu Kultury Andrzeja Piechowskiego, a sfinansowano go dzięki środkom Fundacji Orlen – Dar Serca w ramach programu “Moje Miejsce na Ziemi” edycja 2/2019.

 

Ostatnie słowa ode mnie

Choć mogłabym teraz silić się na wzniosłe wnioski i patetyczne zakończenia, uśmiechnę się lekko otulona moim swetrem na zimne dni i zachęcę Cię nieśmiało, Drogi Czytelniku, abyś poszukał materiału, o którym napisałam, albo obejrzał kilka obrazów/ilustracji spod ręki Mistrza. Mogę Cię zapewnić, że nie pożałujesz.

Co do osobistych osiągnięć, to zainspirowana słowami wypowiedzianymi przez ,,Papę” życzę Ci, abyś po tym, jak zrobisz krok, miał w sobie na tyle odwagi i sił, aby zawsze podciągnąć drugą nogę, a następnie pójść tak daleko/wysoko, jak tylko Ci się zamarzy.

Materiał pt. ,,Papa Giorgiou” można obejrzeć tutaj.