fot. Damian Homa

„Za ten uśmiech kiedyś mnie ganiono, ponieważ nie zawsze wyrażał radość”. Rozmowa z aktorką Dagny Mikoś

DAGNY MIKOŚ – aktorka i wokalistka, animatorka działań twórczych. Absolwentka Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi (2013) oraz Wydziału Wokalnego Krakowskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej (2018). Od 2013 roku związana z zespołem artystycznym Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Przez 10 lat aktorskiej pracy Dagny zbudowała kilkadziesiąt ról teatralnych, radiowych i telewizyjnych. Laureatka wielu aktorskich nagród i wyróżnień. Na co dzień mieszka i tworzy w Rzeszowie (bo kocha to miasto!) i jest jedną z ulubionych aktorek podkarpackiej publiczności.

Moją rozmówczynią jest znana aktorka Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie – Dagny Mikoś. Rozmowa pokazała, że jest równie energiczna i przyjazna jak w Internecie.

Świeczka na stole zaświecona, klimat do rozmowy jest idealny. Chciałabym zacząć dość niestandardowo, bo od Twojego imienia, ponieważ nie spotkałam się z nim wcześniej. Słyszałam o imieniu Dagna, ale nie Dagny. Czy to ma jakiś związek ze sobą?

Tak, ja bym nawet powiedziała, że to jest to samo imię, ale w spolszczonej wersji. Sama się o tym dowiedziałam i przekonałam dobitnie, ponieważ jako dziecko zostałam ochrzczona imieniem Dagna. Powołując się na intencję, z jaką mój tata dawał mi imię, wiem, że przywoływał postać Dagny Przybyszewskiej, żony pisarza Stanisława Przybyszewskiego, o którym uczył się w liceum. Kiedy usłyszał to imię, postanowił, że da takie córce.

A czy spotkałaś się kiedyś z sytuacją, w której ktoś źle odmienił Twoje imię lub źle je wypowiedział?

Bardzo często zdarza się, że rozmawiamy o etymologii tego imienia i ja ludziom tłumaczę, że jest to imię norweskie, Dag oznacza dzień, ny oznacza nowy, czyli tak jakby jutrzenka, nowy dzień, dziecko nowego dnia. To imię też ma różne odmiany. Po litewsku Dagny mówi się bardziej miękko. Wkurzam się tylko wtedy, kiedy ktoś mnie nazywa Dagmarą…

Rzeczywiście, to całkiem inne imię. Nie da się ukryć, że Twoim zawodem jest aktorstwo, więc od tego chciałabym wyjść. Kiedy zaczęła się Twoja droga z teatrem, czy zawsze był to dla Ciebie temat bliski? Planowałaś to?

Aktorstwo zapukało do mnie dosyć późno, ponieważ dopiero po zrobieniu zastępstwa w Ustrzyckim Domu Kultury, w takim teatrze offowym, który prowadzi do tej pory Pani Grażyna Kaznowska. Ona mnie zaprosiła, kiedy byłam chyba w 3 klasie gimnazjum, żebym szybko zrobiła zastępstwo za jednego z aktorów, to było miesiąc przed premierą. Szukała osoby obytej ze sceną, która nie będzie się bała wykonać jakiegoś zadania publicznie, a ja już wtedy od jakiegoś czasu stałam na scenie, angażowałam się w bardzo wiele rzeczy. Tańczyłam, ćwiczyłam karate na scenie Domu Kultury, śpiewałam. Sytuacja poszła w taką stronę, że już tam zostałam na stałe. Okazało się, że teatr jest syntezą wszystkich rzeczy, które robiłam wcześniej. W połowie szkoły średniej, jeżdżąc na różne konkursy recytatorskie stwierdziłam – A może szkoła aktorska? – Ja bardzo długo nie wiedziałam, co chcę robić w życiu i do tej pory się zastawiam, bo aktorstwo jest jedną z dziedzin, którymi się obecnie zajmuję, ale nie wiem, w jakim kierunku poprowadzi mnie życie i czy zawsze tą aktorką będę.

Właśnie miałam pytać, czy miałaś kiedyś jakiś inny pomysł na życie, ale słyszę, że od zawsze byłaś artystyczną duszą, więc może było Ci to przeznaczone.

Nie wiem, ale miałam alternatywę. Moi rodzice byli bardzo pragmatyczni. Pod koniec liceum pytali – A jeśli nie aktorstwo, to co? – a ja rozkładałam bezradnie ręce i odpowiadałam, że nie wiem.

Czyli postawiłaś wszystko na jedną kartę.

Właśnie nie, bo złożyłam jeszcze papiery na Uniwersytet Jagielloński na animację kultury. To się w jakimś stopniu wiązało ze sztuką, ale od tej strony bardziej organizacyjno-zarządzającej. Bardzo dobrze napisałam matury i dostałam się, i to chyba na jakiejś 8. pozycji, więc wysoko. Kiedy jednak przyszła do mnie odpowiedź z Łódzkiej Filmówki, stwierdziłam, że chyba los tak chce i będę aktorką.

Co daje Ci ten zawód? Jakieś zalety, które przekładają się na życie prywatne?

Chyba największą zaletą są możliwości rozwoju, wszelakiego, wychodzenia ze swojej strefy komfortu. Człowiek musi się rozwijać na wszystkich płaszczyznach, żeby uprawiać ten zawód, bo ta strefa naszej bezpiecznej przestrzeni bardzo szybko się poszerza, co chwilę przychodzą nowe zadania i okazuje się, że nie można nigdzie zagrzać miejsca. Idę cały czas do przodu i ta droga nie ma końca.

Wiemy, jaką mamy sytuację w Polsce i na świecie, dlatego chciałam zapytać, jak to jest być aktorką w czasie pandemii, gdy co jakiś czas teatry są zamykane?

To jest bardzo trudne pytanie, ponieważ ja bym odpowiedziała, że nie wiem jak to jest, bo zaczęłam się zastanawiać, czy nie grając, w ogóle nią jestem. To też są moje przemyślenia odnośnie tego, czy ja się identyfikuję ze swoim zawodem, bo myślę, że w pierwszej kolejności jestem człowiekiem, kobietą, a dopiero później plasuje się mój zawód. Jest moją pasją, ale pandemia dobitnie mi pokazała, że nie wiem, czy do końca życia tą aktorką będę. Pandemia sprawiła też, że założyliśmy Związek Aktorów Polskich w Rzeszowie, w którym ja bardzo prężnie działam. Wybieraliśmy teraz nowy zarząd w Warszawie i poznałam tam mnóstwo osób, które oprócz aktorstwa uprawiają bardzo różne zawody. Są prawnikami, dziennikarzami, trenerami, uprawiają sport na międzynarodowym poziomie. Ja nie wiem czy są aktorzy teatralni, którzy są w stanie żyć z samego aktorstwa. Każdy robi milion innych rzeczy.

Powiedziałaś, że Twoja praca jest Twoją pasją, a czy uważasz, że można być aktorem bez niej?

Można. Myślę, że każdy zaczyna z tego pułapu, że chce być aktorem dla idei, natomiast wydaje mi się, że z czasem inaczej podchodzi się już do tego zawodu. Różne sytuacje życiowe też wpływają na to, że patrzy się na to z innej perspektywy. Aktorstwo to też rzemiosło, a to, czy przyprawimy je talentem, pasją, zależy od nas samym. Natomiast obiecuję Tobie i innym czytelnikom, że kiedy we mnie już zabraknie tej pasji i będę miała być starą, zgorzkniałą aktorką, to sobie to odpuszczę dla dobra wszystkich.

Porozmawiajmy teraz przez chwilę o rolach aktorskich. Interesuje mnie wejście w świat swojej postaci na scenie. Jak przygotowujesz się do ról? Jak wygląda cały ten proces?

Każdy proces wygląda inaczej. Standardowo w teatrze odbywa się pierwsza próba, podczas której dowiadujemy się, jakie zadanie zostaje nam przydzielone i później mamy około 2/3 miesiące pracy do premiery, to zależy. Próby są np. 5 razy w tygodniu, 2 razy dziennie po 4h i w zależności od zadania ten proces wygląda inaczej. Każda sztuka wymaga innego rodzaju zaangażowania oraz zadań, których oczekuje od nas reżyser. Za każdym razem to jest inna przygoda. Wolałabym się skupić na konkretnych przykładach, jeśli Cię interesują.

Po tym, co mówisz wnioskuję, że to są ciągłe wyzwania. Pamiętasz jakąś szczególnie trudną rolę?

Pamiętam wiele… Na pewno spektakl, w którym gram do dzisiaj w Krakowskim Teatrze Variété – „Chicago”, ponieważ dostałam się do spektaklu po castingu, a to jest musical. Startowałam do roli śpiewano-mówionej, ale reżyser powiedział, że mam do niej złe warunki, bo jestem za młoda. Obsadził mnie w roli jednej z więźniarek, która cały czas tańczy… Ja z musicalem mam sporadycznie do czynienia, więc miałam bardzo duże obawy względem mojego przygotowania warsztatowego. Nagle się okazało, że mam kręcić piruety na 8-centymetrowych obcasach, ale w ciągu 3 miesięcy się zawzięłam i powiedziałam, że to zrobię. Na scenie nic się nie da ukryć, bo podłoga była biała, a my byliśmy ubrani na czarno, w bieliźnie, więc było widać każdy mięsień. Nie było miejsca na dociągnięcia, ale kiedy dostałam komplement po premierze, że między mną a tancerzami nie było widać żadnej różnicy, to pomyślałam, że dobrze wykonałam tę robotę. To było dla mnie duże wyzwanie.

Pod innym względem, jak się dowiedziałam, że mam tutaj w „Mistrzu i Małgorzacie” grać Małgorzatę, to nie mogłam spać po nocach. Słyszałam, że reżyser szuka do tej roli aktorek po całej Polsce, więc myślałam, że może obsadzi mnie w roli Helli. Mnie ta książkowa Małgorzata bardzo wkurzała, więc musiałam przemóc siebie, bo czułam bardzo duży dysonans pomiędzy mną a nią. Poza tym na pierwszej próbie reżyser powiedział, że Małgorzata ma tańczyć z Wolandem walca nago, więc zbierałam szczękę z podłogi. Ten walc przez 3 miesiące prób śnił mi się po nocach i jak już 3 dni przed premierą trzeba było to zrobić, reżyser podszedł do mnie z szacunkiem i powiedział, że nie muszę tego robić całkiem nago, jeśli tego nie czuję. Pamiętam, że chyba po pierwszej generalnej mąż posadził mnie w kuchni i kazał mi posłuchać siebie: czy i co JA chciałabym zrobić. Siedziałam tam sama, chyba przez kilka godzin i w końcu poczułam, że TAK, tego pragnę i zrobię to bez względu na oczekiwania wszystkich wokół. Później dostałam takie wiadomości od kobiet po spektaklu, że to chyba po to to zrobiłam, dla wyzwolenia. Rola aktora powstaje po walce z własnymi demonami, trzeba przejść najpierw proces ze sobą.

Mówisz, że tych prób jest sporo, a zdarzyło Ci się zapomnieć na scenie tekstu?

No pewnie! Ja jestem mistrzynią zapominania tekstu, ale potrafię już nawet tekst piosenek powiedzieć własnymi słowami, żeby się rymowało, nikt później tego nie zauważa. Proces prób robi Ci taki kokon bezpieczeństwa, w którym niezależnie od tego, co się później wydarzy na scenie, Ty się odnajdziesz. Strach przed utratą pamięci na scenie zawsze jest, to chyba największy koszmar aktorów, natomiast ja już wiele razy dawałam radę albo nawet partnerzy mnie ratowali. Pamiętam, był tutaj na małej scenie spektakl „Wenus w futrze”, który zagraliśmy z Michałem Chołką z 80 razy i my już po takiej liczbie znamy się jak łyse konie. Po prostu patrzysz w oczy partnera i wiesz, że on zapomniał tekstu, więc po prostu idziesz dalej, często trzeba improwizować.

Powiedziałaś o trudnych rolach, a te ulubione?

Chyba tak naprawdę te trudne dawały mi najwięcej satysfakcji.

Wiem, że to nie aktor wybiera dla siebie role w spektaklu, ale czy jest jakaś, w którą bardzo chciałabyś się wcielić?

Nie, nigdy tak nie miałam. Kiedyś myślałam – O, Shakespeare, Shakespeare, Lady Makbet – ale już po skończeniu studiów przestała mi się ta postać podobać.

Na pewno są osoby w świecie teatru, filmu, ale i nie tylko, które podziwiasz, które są autorytetami, inspiracjami.

Pragnę tutaj powiedzieć kontrowersyjną rzecz… Mam nadzieję, że to zostanie dobrze odczytane. Ja jako nastolatka ubolewałam nad tym, że brak mi autorytetów, że nie mam takich osób, na których chciałabym się wzorować. Później zaczęłam z tym walczyć i szukać takich osób, ale okazało się, że te osoby są tak ode mnie odległe, że ja je stawiałam na półeczce i tam się kurzyły. Stwierdziłam, że co to są autorytety, których nie mogę sięgnąć, dotknąć, porozmawiać, nawet nie wiem czy znalazłabym z nimi nic porozumienia. Zaczęłam trochę schodzić z tych wyżyn i na dzień dzisiejszy, po tych wszystkich aferach, które wybuchły w szkołach teatralnych, które powinny być siedliskiem naszych autorytetów, nagle się okazuje, że każda postać może mieć jasną i ciemną stronę i to może być jasna strona dla Ciebie, a dla innej osoby już nie, tak naprawdę wszyscy jesteśmy ludźmi. Na przykład szacunek nie powinien wynikać z tego, że ktoś jest naszym autorytetem, ma wykształcenie albo wiek, doświadczenie i za to go podziwiamy. Wolałabym powiedzieć, że nie mam autorytetów, dlatego, że wszyscy powinni być równi i że każdy zasługuje na szacunek, uznanie. Wkurza mnie to od jakiegoś czasu. Ludzie, których podziwiałam nagle okazali się tylko i aż ludźmi.

Zrobiło się trochę smutno i poważnie, więc zmieńmy tor. W jednym z filmików na swoim kanale na YT, na którym prowadziłaś cykl poświęcony teatrowi, powiedziałaś, że największą oglądalnością w Rzeszowie i w całym kraju cieszą się spektakle komediowe. Z czego to wynika?

Tak naprawdę najlepiej byłoby zapytać o to widzów, bo nie chcę odpowiadać za nich, ale mogę podejrzewać, że dużo ludzi ma ciężkie życie i jak wychodzą z pracy czy domów z problemami, wolą przyjść i się pośmiać, nie myśleć, oderwać się od rzeczywistości. Nie mówię, że to jest gorsze albo złe, ale taka jest tendencja w polskim teatrze. Dla mnie największą nagrodą jest słyszeć śmiech widzów podczas spektaklu komediowego albo kiedy dostaję komentarze, że na drugi dzień ktoś z chęcią poszedł do pracy, bo wspominał poprzedni wieczór, kiedy był w teatrze.

W jednym z filmików powiedziałaś także, że bycie aktorką na scenie a sobą w życiu prywatnym to tak naprawdę niewielka różnica, bo podczas spektaklu wciąż jest się sobą. Mogłabyś rozwinąć tę myśl?

Trochę to zmodyfikuję, jeśli mam rozszerzyć tę wypowiedź. Kiedy wychodzę na scenę korzystam z takich przymiotów, które posiadam. Mam swoje ciało, wrażliwość, emocjonalność, intelekt, głos. To są cechy formalne, z których ja korzystam jako aktorka i one są niezmienne, a korzystam z tego też w życiu prywatnym. Żeby być autentyczną nie udaję tutaj kogoś innego, kim nie jestem, ale szukam tych wspólnych cech z postacią. Myślę, że aktor, będąc sobą, jest pewnego rodzaju przekaźnikiem. Jeżeli ja jako kanał potrafię uruchomić ten przepływ, jako postać połączyć widownię z twórcą z przedstawienia, to wtedy to działa i postać jest wiarygodna, korzystając z tych samych środków, ale forma się zmienia. Zawsze to jestem ja.

Mamy kilka rodzajów teatru. Między innymi dramatyczny, współczesny, który porusza tematy aktualne, polityczne, religijne czy społeczne, i muzyczny. W którym Ty najbardziej się odnajdujesz?

Trochę przekornie, ale lubię teatr emocjonalny. Jeżeli te emocje zawierają się w którymkolwiek z tych rodzajów, to mi się to podoba. Tam jest Prawda.

Skończyłaś także Wydział Wokalny Krakowskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, więc jesteś wokalistką. Jakiś czas temu w Twoim życiu pojawił się projekt płyty Dagny/Osiecka. Mogłabyś trochę opowiedzieć o tym przedsięwzięciu? Dlaczego wzięłaś na warsztat utwory tej pisarki?

No właśnie mierzę się z legendą i pewnego rodzaju autorytetem. Powiem Ci, że ten proces trwa i bardzo się tego boję, ponieważ robię tę Osiecką inaczej, niż inni robili to wcześniej. Bawię się tymi kompozycjami, ale też nie robię tego sama. Ja mam wybitny talent do organizowania ekip ludzi przy projektach i uwielbiam to, wiem, że za plecami mam wsparcie, m. in. Dominika Kindrat czy Mikołaj Babula i oni też bardzo mi pomagają. Ta Osiecka będzie całkiem inna, ale też nie widziałabym powodu, dla którego ja bym miała śpiewać tak jak inne, znakomite wykonawczynie, które to zrobiły 30 lat temu. Mówię sobie – przez 30 lat nic się nie wydarzyło, że mam to zrobić tak samo? – może po prostu odkurzmy tę Osiecką, bo myślę, że wiele osób w ogóle nie zna tego materiału. Rok temu byłam na programie mentoringowym, na którym mieliśmy założyć sobie cele na przyszły czas. Zastanawiałam się, co mogę robić. Nie mogę być aktorką. Nagle się okazało, że te 10 lat, które spędziłam w teatrze, tego nie ma. Sztuka teatralna jest bardzo ulotna i stwierdziłam, że nie mam żadnej pamiątki po swojej twórczości. Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby nagrać płytę, a bardzo świeże były we mnie pozytywne uczucia po festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej”. Poziom był tak wysoki, że samym zaszczytem było być wśród finalistów i nie ukrywam, że każda z tych osób tam pokazała Osiecką po swojemu, całkiem inaczej. Nie ukrywam, że czerpałam od nich inspiracje, bo wiele z utworów śpiewanych tam znajdzie się na mojej płycie. Przez wiele lat nie lubiłam się z Osiecką, a myślę, że im bardziej coś negujemy i czegoś się boimy, to w tym kierunku powinniśmy spojrzeć, bo tam kryje się potencjał. Zaryzykowałam.

Widziałam na YT Twoje wykonanie „Małgośki”, którą zna chyba każdy. Aranż zdecydowanie różni się od tego oryginalnego. Nie boisz się, że odbiór płyty będzie negatywny, ze względu na to, że tak naprawdę ruszasz utwory legendy i nadajesz im nowe, całkiem inne życie? Wszystkie utwory z płyty będą tak skrajnie inne, niż te, które znamy?

Staraliśmy się, żeby w każdym było coś innego. Zmienialiśmy charakter utworów, metrum, rodzaj śpiewania. Będą dwie piosenki, które będą bardzo nawiązywały do oryginałów. To będzie jazz we wszelakich rodzajach. Będzie i ballada, i funk, i bossa nova. Będzie się bardzo dużo działo. Co do odbioru, to ja zakładam, że nie wszystkim to się będzie podobać. Wydaje mi się, że właściwe podejście do tego, czy projekt okaże się sukcesem czy nie, to postawienie na szali sukcesu i porażki i zgodzenie się na obie rzeczy. Albo będzie sukces, albo porażka. Puszczałam fragmenty piosenek w garderobie i nie wszystkim się to podobało. Część publiczności, która zna Osiecką ze starych wykonań, będzie oczekiwała ode mnie aktorskiego śpiewania. Myślę, że będą zaskoczeni, ponieważ ja już nie chcę w ten sposób śpiewać. Ta muzyka, którą proponujemy, nie buduje się na sile głosu a „feelingu”.

Agnieszka Osiecka napisała setki tekstów. Czy masz jakieś swoje ulubione?

Musiałabym zdradzić tutaj utwory z płyty, ale na pewno moje ukochane „Miasteczko cud”. To jest w ogóle utwór, do którego marzę o teledysku. Chciałabym, żeby on miesiąc przed wydaniem płyty promował premierowy koncert 9 października, który odbędzie się na 85. urodziny Osieckiej.

Sama kupiłam bilety, więc mam nadzieję, że wszystko się uda. Na jakim etapie nagrań teraz jesteście?

COVID pokrzyżował nam plany, bo mieliśmy nagrywać w kwietniu, a okazało się, że jeden z moich muzyków jest chory, więc przesunęliśmy to na maj i dopiero 20 maja wchodzimy do studia i nagrywamy sekcję rytmiczną, później dajemy sobie miesiąc na dogranie reszty instrumentów. Pianino, elektronika, może trąbka. Z wokalami wchodzę do studia dopiero w czerwcu, pod koniec. Mam nadzieję, że w sierpniu płyta będzie się już wytłaczać. Mam też nadzieję, że z wszystkim się wyrobię, bo symultanicznie jestem w trakcie pracy z moją graficzką nad wizualną częścią projektu. Łapię się za głowę, bo jeszcze jest premierowy koncert, a to bardzo dużo organizacyjnej roboty. Być może jestem teraz po 1/5 wykonania zadań dotyczących projektu.

Myślę, że nie będziesz żałowała.

Zobaczymy. Mam nadzieję, że nie.

Na co dzień uczysz się w Studiu Wokalnym Pani Dominiki Kindrat, trenerki głosu. Stąd moje pytanie – czy każdy aktor musi potrafić śpiewać?

Nie, nie musi. Znam osoby, które się dostały na wydziały aktorskie, kompletnie nie mając poczucia rytmu, co dopiero żeby potrafiły śpiewać. Na pewno jest to dodatkowa umiejętność, ale dla aktora grającego w teatrze dramatycznym niepotrzebna. Nie ukrywam, że śpiewanie zawsze było mi bliskie. Musimy się rozwijać, ale nie jest powiedziane, że to musi być warsztat wokalny.

Myślisz, że aktor ciągle się rozwija?

Tak, myślę, że w ogóle każdy człowiek. Być może mnie, jako aktorkę, ten zawód bardziej mobilizuje do tego, ale to jest nieodłączna część życia.

Moje ostatnie pytanie będzie niejako wynikało z obserwacji Ciebie w social mediach. Widzę, że jesteś taka sama na żywo. Niezwykle energiczna, radosna, ciągle z uśmiechem na ustach. Skąd czerpiesz inspiracje, chęć i siłę do działania?

Za ten uśmiech kiedyś mnie ganiono, ponieważ nie zawsze wyrażał radość. Może to jest natura człowieka, ja lubię siebie taką, ale myślę, że to też zależy od ludzi, którzy nas otaczają. Przeczytałam ostatnio w jakiejś mądrej książce, że nasza osobowość składa się z 5 osób, z którymi przebywamy najczęściej. Teraz spotykam się z takimi ludźmi, którzy mnie motywują, pchają do przodu, kibicują, dużo mam od nich energii. Myślę, że oni są moim światłem i źródłem energii.

Jeszcze jedno pytanie, które wpadło mi do głowy, widząc Cię teraz. Bardzo często masz pomalowane usta na czerwono. To jakiś Twój znak rozpoznawczy?

Nie sądziłam, że tak się stanie, ale chyba tak, bardzo to lubię.

Nawet pod maską, chce Ci się malować?

To zależy od moich chęci i samopoczucia. Nawet, jeżeli mam maskę na twarzy, to JA mam tę świadomość, że usta są pomalowane, nikt nie musi o tym wiedzieć. Często też maluję je na różowo czy pomarańczowo, więc to nie jest tylko czerwony kolor. W ogóle jeśli obserwujesz moje social media, to ja też się tam staram ściągać maski i walczę o tę autentyczność. Robię filmiki bez makijażu, uczesanej fryzury, w szlafroku. Pokazuję normalność. Trzeba o nią walczyć. Nie będę udawała, że jestem nową 30-stką. Sorry, ja mam już 32 lata… Ja też nie pretenduję do tego, żeby tu na scenie grać nastolatki, bo uważam, że przyjdą młode, piękne dziewczyny i zrobią to lepiej, w ogóle się nie wysilając. Dla mnie są już przeznaczone inne role. Dlatego ta droga aktora jest nieustanna i niekończąca się.

 Rozmawiała Kinga Siewierska

fot. Damian Homa