Być tylko tym, kim jesteśmy

Każdy, a przynajmniej większość z nas, doświadcza w swoim życiu czegoś takiego jak pierwsze zauroczenie. Jedyna w swoim rodzaju, potężna i nieskończona miłość, trwająca aż do końca świata i jeden dzień dłużej. Wiedziałam, że w tym wieku „na zawsze” oznacza w porywach cztery miesiące, także wbrew wszelkim wzorcom z komedii romantycznych o amerykańskich nastolatkach, nie załamał mi się świat, gdy mój ukochany ze mną zerwał. Moje życie dalej płynęło właściwym dla siebie, raz wolnym, a raz szybkim tempem. Skłoniło mnie to jednak do refleksji, bowiem wyrzut, który usłyszałam przy rozstaniu, nie był typowy. Mój niedoszły małżonek nie widział we mnie kłótliwej wiedźmy ani wścibskiej przekupki z targu. Nie przeszkadzała mu nawet moja rozrzutność, nadmierne przywiązanie do tandetnych bibelotów ani nie zawsze wyrafinowane maniery przy stole, chociaż to pewnie dlatego, że sam miał gorsze. Rzeczą, której mój wybranek nie mógł znieść, okazało się to, że, jak to ujął, „byłam dla niego za dobra”. Stwierdził, że jestem zbyt idealna i że ktoś taki jak on nie nadaje się dla dziewczyny takiej jak ja. Nie rozumiem. To był mój pierwszy poważny, oficjalny związek, naprawdę się starałam. Dbałam o to, żeby nie wyglądać przez okno co pięć minut, bo tak robią starsze panie, które on żartobliwie nazywał „osiedlowym monitoringiem”, a na telefonie miałam zainstalowaną aplikację, która pokazywała mi dzienną liczbę odblokowań (patrzenie co chwilę na telefon jest podobno irytujące!). Liczyłam także to, ile razy w ciągu godziny patrzę do lodówki. Z czasem ograniczyłam także poprawianie okularów oraz nieświadome wcześniej nawijanie kosmyka włosów na palec. Przecież nie chciałam, żeby te głupoty go ode mnie odstręczyły, na pewno zerwałby ze mną, jeśli wciąż robiłabym te wszystkie rzeczy! Przecież byłam taka… idealna. No właśnie. Idealna. Czy to nie było powodem jego odejścia? Nadmierny perfekcjonizm, chęć wydawania się kimś innym, lepszym, chęć stłamszenia swoich własnych naturalnych nawyków… W imię czego? Miłości? Pychy? Zasad? Wtedy zrozumiałam. Nie można być kimś innym, niż się jest. Nie można także wyprzeć się elementów, które nas tworzą, bo to właśnie one stanowią kwintesencję naszej osobowości. Udając kogoś, kim nie jesteśmy, tylko zniechęcimy do siebie ludzi, bo ludzie lgną do tego, co autentyczne. Miłość lgnie do tego, co autentyczne. Jak mawiał Zeddicus Z’ul Zorander, wybitny czarodziej ze znanej serii książek „Miecz prawdy” – możemy być tylko tym, kim jesteśmy. Nikim mniej, nikim więcej.