Ciekawość to pierwszy stopień do piekła

„Blue Velvet” rozpoczyna się w typowo „lynchowskim” stylu… Reżyser zaprasza widzów do małego, spokojnego miasteczka. Uśmiechnięci mieszkańcy Lumberton spędzają czas na wykonywaniu swoich obowiązków. W rytm piosenki Bobby’ego Vintona oglądamy ich idealny świat. Szybko jednak zostajemy odarci ze złudzeń – to, co się za chwilę wydarzy, nie będzie ani trochę podobne do ideału.

Młody chłopak, Jeffrey Beaumont, znajduje na łące ludzkie ucho. Postanawia zanieść je do miejscowego detektywa, jednak zaintrygowany znaleziskiem podejmuje również działania na własną rękę. Jego ciekawość podsycają dodatkowo informacje otrzymane od córki detektywa, Sandy. Dziewczyna mówi mu o możliwym powiązaniu sprawy z postacią piosenkarki, Dorothy Vallens.

W „Blue Velvet”, podobnie jak w „Miasteczku Twin Peaks”, David Lynch prezentuje mroczne i niewidoczne na pierwszy rzut oka oblicze świata. Robi to w mistrzowski sposób. Nic przecież lepiej nie zadziała na wyobraźnię widza niż kontrast sielankowego życia z obciętym uchem. Pierwszą dość oczywistą reakcją na ten obraz jest obrzydzenie, ale później, wiedzeni ciekawością, kroczymy dalej wraz z bohaterem. Brutalna prawda, którą odkrywa Jeffrey staje się dla nas narkotykiem. Chcemy więcej! Zresztą podobnie jak on sam, czego efektem staje się piekło, które musi przejść.

Film bazuje na konwencji surrealistycznej. Z jednej strony wydarzenia wydają się całkowicie odrealnione, z drugiej – w pełni rzeczywiste. Zniuansowanie tych dwóch cech dało efekt autentyczności, a poprzez swą niejednoznaczność obraz stał się jeszcze bardziej intrygujący. Gdyby reżyser mocniej popuścił wodze fantazji powstałby zbyt zagmatwany, nieczytelny bełkot. A dzięki balansowaniu na cienkiej linii kiczu, jawy i snu widz czuje nieustanny niepokój. Zastosowanie przez twórcę „Zagubionej autostrady” i „Mulholland Drive” trików w postaci wyłaniających się z ciemności bohaterów przykuwa uwagę oglądającego i coraz mocniej go angażuje.

Na szczególną uwagę zasługuje rola Dennisa Hoppera. Jego Frank Booth zapisał się w historii kina jako jeden z największych psychopatów, obok takich „sław”, jak Norman Bates czy Hannibal Lecter. Bohater Hoppera budzi lęk, odrazę i zgorszenie. Jest bezkompromisowy. Brutalny. Chory.

Grający Jeffrey’a i Sandy Kyle MacLachlan i Laura Dern tworzą dobry, zgrany duet. Dla MacLachlana była to już druga współpraca z Davidem Lynchem. Widać, że ta dwójka świetnie się rozumie, bo rola młodego Beaumonta jest dla tego pierwszego jedną z lepszych w karierze. Naiwność, dociekliwość, wrażliwość, odwaga i perwersyjność – te cechy MacLachlan połączył w jedną, pełnokrwistą postać. Dern idealnie wpasowała się zaś w rolę niezdecydowanej nastolatki. Tylko Isabella Rossellini jako Dorothy Vallens jest mało przekonująca. Na tle reszty ekipy sprawia wrażenie sztucznej damy.

Muzyka, której autorami są Lynch i Angelo Badalamenti kapitalnie komponuje się z filmem. Hipnotyzuje, dodaje tajemniczości, buduje napięcie. Tworzy charakterystyczny klimat, który jest jednocześnie niepokojący i elegancki. Dodatkowo w filmie pojawiają się takie utwory, jak In Dreams Roya Orbisona czy tytułowy Blue Velvet Bobby’ego Vintona, które nie tylko nie zaburzają wysublimowanego brzmienia kompozycji Badalamentiego, ale je perfekcyjnie uzupełniają. Bez tego „Blue Velvet” nie robiłby już takiego samego wrażenia.

Autor: Katarzyna Wojnar

Studentka dziennikarstwa zakochana w twórczości Quentina Tarantino. Uwielbiam kino (szczególnie gangsterskie). Interesuje mnie także sport - kibicuję Asseco Resovii Rzeszów i Lechowi Poznań.

Dodaj komentarz