„Cieszę się jak małe dziecko, kiedy moje zdjęcia się podobają”

Rozmowa z Izabelą Rejman, studentką III roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej, o pasji, która przez całe życie uczy, bawi, zaskakuje.

 

[K]atarzyna [W]ojnar: Na początek sztampowe, ale bardzo ważne pytanie: jak i kiedy narodziła się Twoja pasja do fotografii?

[I]zabela [R]ejman: Od dziecka z wycieczek szkolnych przywoziłam aparat z pełną pamięcią, ale trudno te zdjęcia określić jako dobre. W gimnazjum zaczęłam obserwować fanpage’e fotografów na Facebooku, wtedy też dużo działałam w Ośrodku Kultury w Głuchowie, występowałam w przedstawieniach. Tam udzielałam się również artystycznie, między innymi robiąc plakaty, i już wtedy słyszałam, że mam jakąś artystyczną duszę. (śmiech) Pewnego dnia dostałam propozycję fotografowania jakiegoś wydarzenia organizowanego przez OK w Głuchowie ich aparatem i skorzystałam z niej. Później pożyczałam mały aparat, który siostra dostała na komunię, i próbowałam robić zdjęcia kwiatom, zwierzętom i przyrodzie. Od 2010 roku dużo podróżowałam z tatą, który jest zawodowym kierowcą, po Europie. Dzięki niemu mogłam fotografować takie kraje, jak na przykład Wielka Brytania, Holandia, Belgia, Niemcy, Francja (Lazurowe Wybrzeże), Hiszpania, Włochy, Słowenia, Węgry czy Słowacja. Po osiemnastce uzbierałam pieniądze na wymarzoną lustrzankę i do tej pory działam na tym samym sprzęcie, poszerzonym jedynie o nowe obiektywy, statyw i oczywiście kolejne karty pamięci. W tym samym roku założyłam też na Facebooku swoją stronę Pocztówka Wspomnień.

K.W.: To była „miłość od pierwszego wejrzenia”?

I.R.: Oj, miłością bym tego nie nazwała! Może zainteresowaniem albo pożądaniem. (śmiech) W dzieciństwie szukałam jakiejś pasji – było kółko hafciarskie, teatrzyk „Psotki i Śmieszki”, w śpiewaniu też całkiem dobrze mi szło, ale potrzebowałam czegoś innego… Czegoś, w czym będę czuła się dobrze. I wydaje mi się, że znalazłam!

Na początku pstrykałam fotki tylko po to, żeby mieć pamiątkę po różnych wydarzeniach, ale kiedy pojawiła się propozycja z OK w Głuchowie, już z przyjemnością robiłam zdjęcia. Potem wszystko jakoś się rozkręciło; przywoziłam zdjęcia przyrody i widoków z wyjazdów, fotografowałam siostrę i kuzyna podczas akcji „Moje miasto” w RMF FM i TVP Info w Łańcucie oraz inne wydarzenia. Aż pewnego dnia… kuzynka, która prowadzi fanpage Agnieszki Chylińskiej, zaproponowała mi robienie zdjęć na koncercie tejże wokalistki w Rzeszowie i z wielką radością, ale też i niepokojem podjęłam się tego zadania. Sama dołączyłam do organizatorów KultURaliów UR jako jeden z fotografów i tak narodziła się moja pasja. Najwięcej zdjęć na moim Facebooku pojawiło się w 2018 roku, uwieczniłam wtedy m.in. dwa koncerty Chylińskiej – jeden z ostatnich występów trasy Forever Child w Libiążu i jeden z pierwszych trasy PINK PUNK w Rzeszowie, KultURalia oraz dwa wyjazdy: do Wielkiej Brytanii i Holandii.

K.W.: Jak dużo czasu poświęcałaś na fotografowanie na samym początku?

I.R.: Na samym początku niewiele, ale kiedy zauważyłam, że lubię robić zdjęcia, aparat stał się moim przyjacielem i od tej pory ciężko mi się z nim rozstać.

K.W.: Co dziś sądzisz o swoich pierwszych pracach?

I.R.: Kiedy oglądam moje stare zdjęcia, to się uśmiecham, bo moim zdaniem fotografia przywołuje wspomnienia, zatrzymuje czas na kolorowej kartce. Oglądając zdjęcie, powracamy do przeszłości. Bardzo miło jest przypominać sobie dzieciństwo i podróże.

K.W.: Jak myślisz, trzeba mieć do fotografowania dar, talent, czy może można się tego nauczyć „od zera”?

I.R.: Myślę, że przede wszystkim trzeba to lubić, trzeba próbować. Wiadomo, że nie każdy od razu jest mistrzem. Potrzeba doświadczenia; a i szczypta talentu też się przydaje. Trzeba też odrobiny zawziętości i kiedy zależy nam na fotografowaniu jakiegoś wydarzenia, nie możemy poddać się po pierwszej odmowie.

K.W.: Masz jakichś ulubionych fotografów, których pracę śledzisz lub naśladujesz?

I.R.: Osobą, która w tym momencie przychodzi mi do głowy, jest Mateusz Strelau – fotograf z Wejherowa. Od gimnazjum obserwuję jego stronę ze zdjęciami na Facebooku. Jego pomysłowość, oryginalność i poczucie humoru, jego warsztat dziennikarski i niezwykły kunszt – to po prostu świetny człowiek i genialny fotograf! Chciałabym kiedyś być tak dobra jak on.

K.W.: Co najbardziej lubisz fotografować?

I.R.: Najbardziej lubię robić zdjęcia na koncertach, ponieważ przepadam za tą adrenaliną pod sceną, tym wyczekiwaniem na występ, tym ściskiem w żołądku… Później wszystko zaczyna się rozkręcać i już nie przejmuję się tym, że ktoś za mną będzie zły, bo mu zasłaniam. Zrobię, co trzeba, i uciekam, żeby inni też mogli się bawić. Z niecierpliwością oczekuję także autoryzacji i cieszę się jak małe dziecko, kiedy moje zdjęcia się podobają. Poznaję również managerów zespołów muzycznych i czasami mogę skorzystać z ich pomocy oraz wchodzić na koncerty za darmo. To wszystko sprawia, że cały czas staram się rozwijać swoją pasję.

K.W.: Przeżyłaś jakąś śmieszną sytuację podczas fotografowania?

I.R.: Kiedyś podczas odbierania akredytacji dowiedziałam się, że pracuję dla Radia Eska. Ja – fotograf amator, osoba, która nigdy nie zrobiła żadnego kursu ani szkoły fotograficznej, bo jestem przecież samoukiem. Niestety, musiałam wyjaśnić, że nie pracuję jako zawodowy fotograf, ale zdjęcia i tak wykonywałam.

K.W.: A jakieś nieprzyjemne lub niebezpieczne zdarzenie miało miejsce?

I.R.: Na ostatnim koncercie spędziłam dwie godziny pod sceną tylko po to, żeby dowiedzieć się, że fotografowie nie mogą robić zdjęć z tego miejsca, a z balkonu. Jeżeli chodzi o niebezpieczne sytuacje, to raczej nie chodzi o moją osobę. Właściwie to bardziej boję się, że ludzie, którzy skaczą pod sceną, zniszczą mój aparat, który może nie jest warty kilkanaście tysięcy, ale ma dla mnie ogromną wartość sentymentalną.

K.W.: A jak ludzie reagują na aparat?

I.R.: To zależy od osobowości – niektórzy się wstydzą, ale w większości raczej uśmiechają się i ustawiają do zdjęcia, dopytując, gdzie będą mogli je później zobaczyć.

K.W.: Czy kiedykolwiek podczas ważnej sesji zawiódł Cię sprzęt?

I.R.: O tak! Zaliczyłam parę wtop, na szczęście staram się mieć przy sobie kilka kart pamięci, w razie gdyby któraś się zacięła. Na poważniejsze imprezy zabierałam też ze sobą dwa aparaty. Przezorny zawsze ubezpieczony. Kiedy dopiero zaczynałam swoją przygodę z fotografią, na jasełkach okazało się, że bateria w aparacie się rozładowała – moja wina, nie sprawdziłam sprzętu przed wydarzeniem, ale ta sytuacja nigdy więcej się już nie powtórzyła. Człowiek całe życie uczy się na swoich błędach. Najważniejsze to wyciągać z nich wnioski.

K.W.: Warto inwestować w sprzęt? Jeśli tak, to ile i kiedy najlepiej to zrobić?

I.R.: Warto inwestować, jeżeli zamierzamy fotografować profesjonalnie. Podstawowe lustrzanki i obiektywy i tak kosztują kilka tysięcy, a dla amatora spokojnie wystarczą. Jeżeli jednak chcemy być profesjonalistami albo wiążemy z tym możliwość zarobku, powinniśmy zaopatrzyć się w jak najlepsze sprzęty. Ja swoją lustrzankę kupiłam za pieniądze z osiemnastki, ale ze względu na to, że się uczę (obecnie studiuję dziennikarstwo na UR), nie stać mnie na lepszy sprzęt – chociaż i tak dokupiłam obiektyw z większym przybliżeniem, instaxa mini i kilka innych rzeczy. Po prostu: jeżeli ma się pasję, chce się ją rozwijać i ma się na to pieniądze, to naprawdę warto.

K.W.: Wiążesz przyszłość ze swoją pasją?

I.R.: Fotografia to moje hobby, ale także „plan B” na życie. Jeżeli wszystko potoczy się tak, jak bym tego chciała, to zrobię kurs fotograficzny. Muszę też dopracować obróbkę zdjęć. Póki co nabieram doświadczenia i robię zdjęcia na wyjazdach, koncertach, uroczystościach rodzinnych typu chrzciny, osiemnastki, urodziny i rocznice, a także fotografie do prywatnych albumów, np. sesje ciążowe.

K.W.: Dziękuję Ci za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji planów.

I.R.: Dziękuję!

Autor: Katarzyna Wojnar

Studentka dziennikarstwa zakochana w twórczości Quentina Tarantino. Uwielbiam kino i popkulturę. Interesuje mnie sport - nie tylko pod względem rozrywkowym, ale i dziennikarskim.

Dodaj komentarz