Esej

Impresja z podróży

Wszystkie podróże mają swój początek. Może to port morski, może lotnisko albo zwykły przystanek. To właśnie tam zaczynamy czuć ten dreszcz, który przeszywa całe nasze ciało i sprawia, że odbieramy świat na tysiąc różnych sposobów. Tam zmienia się w naszym życiu pewna prawda, przewracamy stronę w książce i znajdujemy się w innym rozdziale. Nieważne, czy to odmieniająca życie podróż do południowej Ameryki, z której nigdy nie wrócimy do kraju, czy rutynowa podróż autobusem, która będzie trwała godzinę. Stajemy wtedy wśród innych pielgrzymów, myśląc tylko o swoim celu i wchłonięci w żywy organizm oddzielonych ciał zmierzających przed siebie, zaczynamy oddychać w tym samym, przyśpieszonym rytmie.

Dworce kolejowe odwiedzam przez ostatnie lata bardzo często. Widok torów, kas biletowych, budek ze śmieciowym żarciem i zielono-niebieskich wagonów mogłabym już nazwać czymś znajomym a nawet normalnym. Moje podróże pociągiem nie należą też do długich, to tylko przejażdżka trwająca mniej niż godzinę. Jednak gdy zbliżam się do budynku dworca, gdy skieruję wzrok na elektryczne ekrany, zdaję się odcinać od całego widoku, który zostawiam za plecami. Wszystko staje się bardziej symetryczne, celowe i doskonałe. Każda barierka, przejście i znak są wyliczone. Wszystko w dworcowym przejściu podziemnym jest minimalistyczne, kliniczne i zimne, jak tunel prowadzący podróżnych do zupełnie innego miejsca. Niczym tęczowy most Bifröst łączący świat śmiertelników – Midgard ze światem bogów – Åsgardem.

Stojąc na peronie, czekam na nadjeżdżający pociąg z grupą ludzi tak różną i niezwykłą, iż wydaje się, że ten kawałek ziemi to jedyne takie miejsce na świecie, gdzie moglibyśmy się spotkać. Przepełnia nas jakaś wibrująca niecierpliwość, dzielimy spojrzenia i niezręczne uśmiechy, wsłuchując się w niewyraźne komunikaty wygłaszane przez głośniki. Wiatr rozwiewa nam wszystkim włosy, miota się w rękawach koszul i falbanach sukienek. Na języku czuję miętowo-lodowy aromat gumy do żucia i wiatru, gdy wciągam powietrze przez zaciśnięte zęby. Wszystko atakuje zmysły, naciska na nie jak na rozciągniętą gumę gotową, by pęknąć. Kakofonia rozmów, muzyka gitarzysty wędrująca gdzieś po schodach w górę, gruchanie gołębi tuż nad naszymi głowami, rozdzierający pisk hamującego pociągu. Wszystko wzmaga się, koncert przechodzi do kulminacji, gdy wpychamy się do wagonu, by usiąść na wyznaczonych miejscach. Potem nastaje cisza, rozpoczyna się indywidualna wędrówka, tym razem na siedząco.

Czasem, żeby wiele zobaczyć, nie trzeba się ruszać z miejsca. Wyglądając przez okno pociągu – mój prywatny obraz o tak zmiennym płótnie – zdaje mi się, że oglądam inny świat. Część Polski tak odmienną, że gdybym odwróciła głowę na minutę, nie rozpoznałabym rozpościerającego się przede mną widoku. Każda mijana stacja, każde miasto i każda wioska stają się dla mnie częścią większej opowieści, którą mogę tylko częściowo zrozumieć. W tych chwilach przelotnych spojrzeń przez okno podczas podróży pociągiem odkrywam, że przestrzeń jest nie tylko fizycznym miejscem, ale także mentalnym krajobrazem pełnym wspomnień, marzeń i refleksji. Łatwo jest bowiem zapomnieć, że choć siedzę w chłodnym i stabilnym pociągu, nie czując żadnej zmiany, przemierzam kilometry z ogromną prędkością, zostawiając w tyle tysiące budynków i ludzi z historiami, snami i pragnieniami.

Tak wiele razy planowałam reportaże z pociągu, rozmowy z nieznajomymi – notatki odkrywające cele, co takiego zebrało nas wszystkich o tej godzinie, w tym dniu. Gdzie zmierzamy, gdy jesteśmy razem i gdzie, gdy się rozstajemy? Zastanawiam się nad formami, nad cechami tekstów – gdzie znalazłabym złoty środek, co wpasowałoby się w rytm mojego pióra i kół toczących się po szynach.

Literatura podróżnicza pozwala na pewną swobodę. Dla mnie to pewne opisy, być może eseje, a nawet szkice pełne refleksji. Mogą być bardziej formalne, ukazując obszerną wiedzę autora na temat architektury, historii, mody czy kultury – znajdą się zagorzali czytelnicy takich tekstów. Jednak w moim rozumieniu takie teksty mają być uchwyceniem chwili, a nie przewodnikiem po mieście. Ujęciem tych emocji i odczytem twoich zmysłów, gdy po raz pierwszy zobaczyłeś ten most, katedrę, plac zabaw, pole rzepaku, jadąc do domu pociągiem. Impresją z podróży. Co przywołało, jakie wspomnienie odkopało, jak pachniało, jak brzmiało, jak się czuło? Co mogłeś zmysłami dostrzec, zobaczyć, poczuć i wchłonąć? Jak się przez to zmieniłeś?

Dojeżdżam do ostatniej stacji pociągiem, w ręce trzymam telefon, na ramieniu powiesiłam plecak, a torba leży przy mojej nodze. Kolejna podróż dobiega końca, zaraz pożegnam tych wszystkich ludzi. Zapewne już nigdy o nich nie pomyślę, mimo że przez błysk światła w galaktyce trwaliśmy razem jak spleciona masa doświadczająca wspólnie egzystencji. Tak pewnie utrwalą się również w mojej pamięci – jako żywa, pachnąca i smaczna część wspomnienia, zlana w jedno olbrzymie wrażenie podróży pociągiem.

Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Uwielbia książki fantasy, wiersze, rysunek i muzykę w prawie każdym wydaniu. Optymistka z zamiłowaniem do reportażu, której życiowym celem jest prowadzić „Sprawę dla reportera 2”.