Jak odzyskuję wiarę w dzieci…

Okres naszego dzieciństwa to czas, do którego wszyscy wracamy raczej chętnie. Nie zajmowały nas wielkie sprawy tego świata, nie mieliśmy też większych problemów. Wikt i dach nad głową zapewniali nam rodzice, szkołę, ostatecznie, dało się jakoś przeżyć. Po lekcjach zaś… Właśnie.

 

 

Nie należę wcale do starszej generacji, nie pamiętam czołgów na ulicach, kilometrowych kolejek do sklepów czy hiperinflacji. Mam jednak wrażenie, że mentalnie należę do grupy dinozaurów, pamiętając rzeczy, o których dzisiejsze dzieciaki nie mają pojęcia. Gdybyście zapytali, jak wyglądał mój przeciętny dzień jako ucznia podstawówki, niechybnie przed oczami ukazałaby mi się łąka, dwa plecaki imitujące bramkę, piłka i kilku kolegów. Potrafiliśmy biegać za piłką godzinami, aż do zmroku, kiedy nie było już widać dosłownie nic. Kiedy zaniepokojeni i zdenerwowani rodzice osobiście fatygowali się przed blok, żeby siłą i groźbą skłonić nas do powrotu. Kiedy jedną z największych kar, jaką można było sobie wyobrazić, był zakaz wychodzenia z domu.

 

Byliśmy kreatywnymi dziećmi. Kiedy nie było piłki, potrafiliśmy się bawić wszystkim, co tylko udało się znaleźć w okolicy. Patyki „robiły” za karabiny, co większe drzewa imitowały Alpy czy inne wysokie góry, na które wspinaliśmy się z wielką cierpliwością. Pamiętam, jak kiedyś przy boisku przed blokiem znalazłem kij do hokeja. Nie miałem za bardzo pojęcia, co to jest i czemu on służy (hokej nigdy nie był popularny w Polsce), ale wcale mi to nie przeszkadzało. Prawdopodobnie bawiłbym się nim długie miesiące, gdyby po paru godzinach nie znalazł się właściciel, który mi go zabrał.

Brudne ubrania, mniejsze i większe otarcia nie przyprawiały nikogo o ciarki. Nikt nie sięgał po telefon do pogotowia opiekuńczego, gdy na ulicy mijało go poobijane dziecko. Nikogo taki widok nie dziwił. Zresztą, prawdę mówiąc, taki nadopiekuńczy dorosły nie miałby za bardzo z czego dzwonić – komórki były pewnego rodzaju novum, które dopiero zaczęło zdobywać popularność.

 

Oczywiście, istniała telewizja. Oczywiście, mieliśmy wszyscy swoje ulubione programy, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie przedkładał ich nad parę godzin zabawy na dworze. Oczywiście, istniały także komputery. Były jednak luksusem i tylko niektórzy koledzy je posiadali. Raz na jakiś czas zbieraliśmy się u takiego i w piątkę czy szóstkę graliśmy do znudzenia w te same gry. Internet? Jeszcze mniej popularny, tak jak telefony. Nikt z nas nie wiedział, co to jest. Zresztą, w tamtym czasie niewiele ciekawego moglibyśmy dla siebie tam znaleźć.

Po co to wszystko piszę? Bo moje wspomnienia z dzieciństwa wydają się innym światem niż ten, który można obserwować dzisiaj. Kiedyś potrafiliśmy czekać po kilka godzin na kawałek miejsca na boisku. Dzisiaj wielkie przestrzenie są całkowicie puste; czasem tylko przebiegnie przez nie zagubiony pies czy pijany student. Kiedyś znaliśmy każdego jednego dzieciaka na osiedlu. Dzisiaj dzieci mijają się, patrząc na siebie, jakby widziały się pierwszy raz w życiu. I prawdopodobnie widzą się pierwszy raz w życiu.

 

Dzisiaj dzieci nie wiedzą, co to szlaban na wychodzenie z domu za przetarte spodnie od rzucania się po trawie. Nie wiedzą, co to współpraca, co to zdrowy, normalny tryb życia. Doskonale natomiast opanowały sztukę grania na komputerze i korzystania z Internetu. Nie mówię, że to samo w sobie jest czymś złym – umiejętność przydatna. W życiu jednak trzeba znać umiar. Bez niego najlepsza nawet rzecz będzie zagrożeniem. I ktoś mi zaraz pewnie wytknie – daj spokój, to ich sprawa, niech robią, co lubią. A mi nie pozostanie nic innego niż wzruszyć ze zrozumieniem ramionami. I poczuć bolesne ukłucie w sercu, gdy pomyślę, ile ich mija, ile tracą, jak żałosne będą ich wspomnienia z tego najbardziej beztroskiego okresu.

 

Taki właśnie obraz pozostawiły w mojej głowie ulice pustych miast. A Słowacja? A Preszów? No, to już co innego. Ludzie mniej zamożni, może nie mają takich dobrych komputerów. A może po prostu dzieci mają więcej rozsądku. W każdym razie w tych ostatnich dniach lutego, kiedy ja ze wstrętem myślałem o wyjściu na zewnątrz i przenikającym mnie zimnie, usłyszałem przez uchylone okno miarowe stukanie piłki o asfalt. Tak, nie mylicie się – dzieci poczuły wiosnę. I nadchodzącą normalność. A ja odzyskałem wiarę w dzieci.

Dodaj komentarz