Artykuł,  Wywiad

“Jesteśmy teraz w erze eklektyzmu” – Festiwal Jazz w Piwnicach

25 października, w samym sercu miasta odbył się festiwal „Jazz W Piwnicach”. Pojawiały się różne klimaty i brzmienia – od klasycznego, zrelaksowanego jazzu, przez elementy rockowe, do całkowitego nowatorstwa. Tego wieczoru wystąpili Free Men In The Band, Kraina Przyjemności oraz Dr Zolo.

Dr Zolo to awangardowy duet z Warszawy Maciek Dymek (syntezator basowy, Mellotron, pianino elektryczne) oraz Paweł Kowalski (perkusja). Dzięki wirtuozerskiej kontroli nad pitch wheel’em Mellotronu oraz miękkiemu brzmieniu legendarnego syntezatora Moog, ich muzyka brzmi niezmiernie płynnie. Dynamikę mają bardzo rozmaitą – wykonują zarówno utwory atmosferyczne, psychodeliczne à la Pink Floyd, jak i błyskawicznie szybki DnB. Wszystko dzieje się na żywo. Klawiszowiec nawet nie używa loopera!

Sami siebie określają jako „wybuchową mieszankę awangardowej elektroniki, jazzowych improwizacji, punkrockowej dynamiki i folkowego szaleństwa”.

Dr Zolo – Maciek Dymek (po lewej) oraz Paweł Kowalski (po prawej). Festiwal Jazz w Piwnicach Umówiłem się na rozmowę z zespołem i zadałem muzykom kilka pytań.

Co wy sami słyszycie w swojej muzyce? Czym ta muzyka jest dla was?

To jest pewna zabawa formą. Nasze przesłania są czysto muzyczne. Od początku to miało być na zasadzie takiego performance’u. Materiałem dla teledysków i wizualizacji na żywo zostały sceny ze starego kina. Szczególnie inspirował nas hiszpański reżyser Segundo de Chomón. Można powiedzieć, że tworzyliśmy tę muzykę jako ścieżkę dźwiękową dla filmów, które nigdy nie powstały. Stąd też wywodzi się nazwa zespołu – Doktor Zolo jest złoczyńcą z filmu „Miłość, Szmaragd i Krokodyl”. Narodził się pomysł napisania muzyki o takim antagoniście, villianie, czarnym charakterze. Dlatego jest taka rwana, czasami nawet dziwna, zmienia się nagle, trochę jak w filmie.

A tak swój styl gry określił perkusista, Paweł Kowalski:

Ja siebie określam jako perkusistę dość chaotycznego, taki trochę „brudas perkusyjny”. Nie jestem sterylny, nie zagram wszystkiego idealnie. To jest impresyjne.

Mamy utwór „15/4” i nazwa sugeruje jego metrum. Mamy też „Borutę”, do której przyznam się, że nie wiem, na ile ona jest, bo nigdy jej nie policzyłem. Zawsze gram ją „na czuja”, i boję się, że jak zacznę liczyć, to mi przestanie wychodzić.

Ale ja w ogóle nie czuję się jako perkusista jazzowy. To, co ja gram, jest moim sposobem na „radzenie sobie z jazzem”, że tak powiem, jestem perkusistą jednak rockowym. Gdzieś to ociera się o jazz, a gdzieś o punk-rocka. To jest taki punk-jazz.

Jak powstawała ta muzyka?

Ogólnie mamy taki schemat, że robię najpierw klawisze, wysyłam to Pawłowi i na próbie robimy do tego perkusję. Pierwsze utwory powstały, dlatego że wziąłem sobie trzy dni urlopu. Kolejne powstawały w „międzyczasie”. Wolałbym mieć tak poukładane życie, że mógłbym sobie rano wstać, wypić kawę i wziąć się za komponowanie pierwszej części sonaty, ale niestety to tak nie działa. Mam dość napięty grafik, dużo różnych rzeczy w życiu robię. Muzyka to momentami odzwierciedla.

Jedyne, na razie, opublikowane utwory z debiutanckiego minialbumu Ex Machina nawiązują do Freudowskiego układu świadomości – Id, Ego i Superego. W „Id” pojawiają się dość groteskowe sceny z „Une Excursion Incohérente” Segundo de Chomóna, jako reprezentacja pewnej pierwotnej części natury. Podkreślają to też motywy folkowe, czyli huculskie kołomyjki. W „Ego” są samochody jako machiny rozsądku. W „Superego” – sceny ze złowieszczym bohaterem z „Le Spectre Rouge”. Mieliśmy utwory, które nazywały się jakoś roboczo. Najpierw była muzyka, potem były obrazki, i dopiero wtedy ta koncepcja się zamknęła.

Dzisiaj usłyszeliśmy wiele różnych brzmień. Dokąd zmierza współczesna muzyka?

Jesteśmy teraz w erze eklektyzmu. Muzyka się „odgatunkowuje”, i to dotyczy nie tylko niszowych artystów. Mam kontakt z ludźmi, którzy mają po 17,18 lat, mogą zrobić „metalową” gitarę i dać do niej trapową perkusję. Ktoś słucha jazzu, a tu się okazuje, że słucha też Marilyna Mansona. Kiedy ja byłem w takim wieku to albo byłeś metalowcem, albo byłeś pankiem, albo byłeś rastamanem itp. Teraz nie ma konkretnych wąskich subkultur, ludzie przestają tak siebie szufladkować. Eksperymentują i łączą w sobie różne style.

Można powiedzieć, że my też jesteśmy eklektyczni pod kątem harmonii i melodii. Lecz, jeśli chodzi o instrumentarium, to jesteśmy akurat ograniczeni. Ale też jest takie założenie – zobaczyć, co można zrobić z tego konkretnego zestawu.

Jakie plany na przyszłość?

Mamy już z 9 utworów. Zagraliśmy kilka koncertów i chcemy jak najszybciej te numery nagrać, utrwalić zapis tej chwili, która w nich jest. To też ewoluuje – te kawałki, które są opublikowane, graliśmy dzisiaj zupełnie inaczej. Na pewno będziemy starali się grać więcej koncertów. Po to jest ta muzyka – żeby grać ją na żywo, całkowicie inaczej jest wtedy odbierana.

Co chcecie powiedzieć czytelnikom Nowego Akapitu?

Nie szufladkujcie muzyki, bądźcie otwarci na inne gatunki, cieszcie się muzyką. Chodźcie na koncerty, nie siedźcie w domu. Chodźcie też na małe koncerty, bo duża scena i mainstreamowe zespoły sobie poradzą. Wspierajcie lokalne imprezy, bo jak grasz na żywo i widzisz ludzi przed sobą, to od razu wytwarza się energia. Potrzebujemy czegoś takiego.

Free Men in the Band - Maciej Szczudło grający na gitarze basowej. Festiwal Jazz w Piwnicach

Kawowe klimaty

Na festiwalu wystąpił również zespół Free Men in the Band. Trio z Krakowa tworzą Mateusz Dymek (klawisze), Maciej Szczudło (bas), Michał Obrok (perkusja). To był akurat bardzo lekki, gładki, klasyczny jazz. Ich muzykę można porównać z dobrą kawą – swobodny, leniwy walking bass. Nawet solówki brzmiały gładko jak bita śmietana. Bardzo delikatna perkusja, grana w większości szczotkami, miała w sobie coś z tego, jak sypie się cukier. Ostre akordy na pianinie brzmiały jak przyjemne ukłucie goryczy espresso.

Piszą o sobie tak: „Nazwa zespołu jest parafrazą książki Jeroma Klapki Three Man in A Boat, ponieważ jest to muzyczna podróż jak mówią o sobie członkowie trzech facetów, którzy poszukują źródeł własnej formy autoekspresji i dobrej zabawy”.

Grali razem, dawali sobie przestrzeń na solo – to było bardzo przyjemne przeżycie, które jednak przygotowało słuchaczy na mocniejsze rzeczy pikantnymi harmoniami jazzowymi.

Pedalboard Matusza Bobra - gitarzysty zespołu Kraina Przyjemności. Festiwal Jazz w Piwnicach

Inne brzmienie

Zagrał też zespół Kraina Przyjemności z bardzo kontrastującym brzmieniem. Tony Sheparda, melodie nieustannie wspinające się w górę, polirytmia, efekty gitarowe i cały ten niepowstrzymywany ruch do przodu! Masa napięcia. Maksymalne obroty. Ekstremalne przeciwstawienie stylów. Lecz warto też przyznać, że na żywo byli bardziej „ostrożni” niż w swoich albumach.

Zespół ciekawy jest również przez to, że pedalboard gitarzysty to nie tylko narzędzie – to instrument sam w sobie. Żonglując efektami, muzyk przypominał szefa kuchni, starannie dobierającego przyprawy. Nawet zmieniał kostki w trakcie gry, by wydobyć różne tekstury. Zespołowi towarzyszył też egzotyczny bezprogowy bas.

Festiwal Jazz w Piwnicach miał na celu promocję alternatywnej sceny muzyki improwizowanej w Rzeszowie. To festiwal młodych wschodzących gwiazd muzyki jazzowej, około jazzowej, a także festiwal sztuki graficznej. Inicjatywa realizowana w ramach konkursu dotacyjnego „DziałajMy”, prowadzonego przez Rzeszowski Inkubator Kultury działający w strukturze Estrady Rzeszowskiej.

Fascynuję się teatrem, filmem, muzyką i sztuką w ogóle. Poza tym, że piszę, również gram jazz na saksofonie, jestem aktorem. Lubię jaskrawe i głośne rzeczy!