Lekcje pokory w Szlachetnej Paczce

Kiedy ja nie muszę martwić się o to, czy dziś będę miała ciepłą, bieżącą wodę, aby się wykąpać, Ona musi najpierw sobie tę wodę przynieść w wiadrze ze studni i zagrzać. Kiedy ja po kąpieli zasypiam w swoim cieplutkim pokoju, w którym temperaturę ustawiam sobie według własnego uznania na pokrętle kaloryfera, Ona musi najpierw przynieść drzewo, a potem rozpalić w piecu i co chwilę sprawdzać, czy ogień nie wygasł, bo inaczej będzie tam kompletnie zimno. Kiedy ja narzekam na to, że w akademiku mam tylko dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, a w szafie nie mieszczą się moje buty, Ona śpi, je, gotuje i modli się w jedynym pomieszczeniu, które jest jej całym domem. Gdybym to ja mogła wybrać sobie jakikolwiek upominek, który sprawiłby mi małą przyjemność, nie potrafiłabym się zdecydować co chcę, bo chciałabym wiele. Ona, nie chciała niczego.

 

Są ludzie, którzy mając dużo chcą jeszcze więcej. Podając im dłoń, oczekują całej ręki. Są ludzie, którym ciągle za mało, więc całe życie gonią za bogactwem. Są tacy, którzy chcą jeszcze więcej, jeszcze lepiej, jeszcze drożej. Mają wszystko, nic im nie brakuje i nie muszą odkładać. Ale tak naprawdę są biedni.

Są też tacy ludzie, którzy mając niewiele nie chcą niczego więcej. Podając im dłoń, przyjmą ją z wdzięcznością nie wyobrażając sobie, aby móc prosić o jeszcze. Są ludzie, dla których ważniejsze jest to, co w środku, aniżeli rzeczy materialne. Nie mają pieniędzy na węgiel i leki, brakuje im bieżącej wody i szczelnego okna w kuchni. Ale tak naprawdę to właśnie Oni są bogaci.

 

Wolontariusze Szlachetnej Paczki na co dzień spotykają się z takimi ludźmi. Takimi, którzy mimo przeciwności losu, mimo nieszczęść i różnych tragedii, mimo, bardzo często, skrajnej biedy, nie ubolewają nad własnym losem, nad swoim życiem. Starają się zapewnić godne warunki swoim bliskim, dzieciom, żonie. Działają. Jest im ciężko i z pewnością mają prawo narzekać na to, co ich spotyka. Ale w ich smutnych oczach widać także promyczki nadziei. Nadziei i optymizmu.

 

Wolontariuszką Szlachetnej Paczki zostałam dopiero w tym roku. Odwiedziłam cztery rodziny, którym teraz będę starała się pomóc najlepiej jak tylko potrafię. Ale mimo tego, że dopiero zaczynam i że te cztery rodziny to jeszcze bardzo mało, to już teraz wiem, że decyzja o wstąpieniu w szeregi Szlachetnej Paczki, to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. I wiem też, że już nigdy nie będę patrzeć na świat w taki sposób, jak robiłam to do tej pory.

 

Starsza pani. Mieszka sama. Mała, drewniana chatka pod Rzeszowem. Dojazd nie taki łatwy, mimo, że to dopiero jesień. Zimą jest on pewnie bardzo utrudniony – jeśli nie niemożliwy. Jest późne popołudnie. W małych okienkach ciemno. Przyjemnego dymu z komina, który w takie jesienne, chłodne wieczory zazwyczaj kurzy się z każdego komina, w tym przypadku brak. Przed domkiem studnia. I to właściwie jedyna ,,ozdoba” znajdująca się na podwórku. Wydaje mi się, że wystarczy lekkie dotknięcie którejś ze ścian, a domek się po prostu zawali. W środku maleńki przedsionek, na wprost jakieś pomieszczenie zasłonięte materiałem zamiast drzwi, a na prawo pokoik, kuchnia i sypialnia w jednym. Skromniutko, ale czysto. Rozkładana wersalka, stolik, dwa krzesła, stara, drewniana szafa, kredens, stary telewizor i piec. To wszystko. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsza jest pani Maria. Przemiła kobieta. Opowiada o swoich dorosłych już dzieciach, zmarłym mężu, o problemach w rodzinie. W jej głosie słychać żal. Żal, że tak to się wszystko potoczyło. Nie, nie narzeka. Odpowiada po prostu na nasze pytania zawarte w ankiecie, którą musimy wypełniać z każdą z odwiedzanych rodzin. Jest szczera. Mówi, że droga prawdy jest najprostsza. A mi wydaje się, że to, co robimy, to wkraczanie z butami w jej życie. Bo pytania dotyczą także dochodów, długów, opłat. Ale trzeba. Pani Maria nic nie ukrywa. Pokazuje nawet wypisane przez lekarza recepty na leki, których jeszcze nie wykupiła bo przecież kosztują. Drogie są. Z kredensu wyciąga także rachunki. Mówi, że trzeba być szczerym. Zapisuję to wszystko w ankiecie i próbuję się nie rozkleić. Z jednej strony chcę wypaść profesjonalnie, a z drugiej wiem, że jestem tylko człowiekiem i to normalne, że emocje biorą nade mną górę. Szczególnie kiedy pierwszy raz w życiu spotykam się z taką sytuacją. Z kimś w tak wielkiej potrzebie.

Pani Maria jest bardzo skromną osobą. Właściwie to musimy prawie siłą wyciągać od niej informacje na temat jej potrzeb materialnych, podpowiadać. Sama wspomina jedynie o tym, że najbardziej potrzebny jest jej opał i nowe okno.

Każda z osób w rodzinie może wymienić jeden upominek, taki personalny, który bardzo chciałaby dostać. Taki tylko dla niej, który sprawiłby tej osobie przyjemność. Powiedzmy, że coś w formie prezentu pod choinkę. Pytamy więc panią Marię o taką rzecz. Nie chce niczego. Ciągle powtarza, że jej  największym marzeniem jest po prostu dożyć godnie i w spokoju swoje życie. Nie trzeba jej nic więcej. Wystarczy, że nie będzie gorzej. Jednak naciskamy, podpowiadamy. Mówimy, że każdy zasługuje na prezent pod choinkę i na pewno jest taka rzecz, na którą nigdy nie było ją stać, a bardzo chciałaby taką mieć. Uparcie powtarza, że nic jej nie potrzeba. Nie rozumiem jej. Myślę sobie, że przecież ma teraz szansę na to, aby ktoś spełnił jej małe marzenie, a Ona nie chce nic. I w tym momencie czuję wstyd. Wstyd, bo uświadamiam sobie, że ja na jej miejscu nie wiedziałabym co wybrać, bo jest wiele takich rzeczy, na które mogłabym wskazać, mimo że tak naprawdę wcale nie są mi potrzebne. Ona nie chce nic.

Czuję, że nie możemy pominąć tego punktu w ankiecie, nie obdarować jej czymś, co sprawiłoby jej trochę radości, na którą zasługuje przecież każdy, szczególnie w Święta. Uruchamiam więc myślenie, które wyłączyło mi się całkowicie podczas rozmowy z nią. Na szybko próbuję wczuć się w jej sytuację. Ok, jest kobietą. Nie za często wychodzi z domu, więc nie ma za bardzo okazji, żeby się trochę wystroić, pokazać innym. Ma 70 lat. Ale jest kobietą! Każda kobieta przecież chce poczuć się ładnie, nawet w domu, w czterech ścianach. Nie na co dzień. Od czasu do czasu. Włożyć na siebie coś ładnego, umalować się. Tylko po to, aby poczuć się lepiej. Tak po prostu, dla siebie. Strzelam więc, że może chciałaby coś z biżuterii. Strzelam i trafiam w punkt. Pani Maria nieśmiało się uśmiecha, a w jej oczach dostrzegam maleńki błysk. Mówi, że właściwie chciałaby kolczyki. Złote kolczyki. Zapisuję to w ankiecie z wielkim wykrzyknikiem. Kolczyki. To właśnie będzie jej prezent pod choinkę!

 

Pani Krysia. Mieszka w wiosce pod Rzeszowem. Mały, czerwony domek z cegieł. Trzy pokoje, kuchnia i łazienka. Pomieszczenia maleńkie i skromniutkie. W pokoju do którego nas zaprasza, w każdym z możliwych kątów, pod łóżkiem, pod stołem, za szafą leżą małe drewienka na opał. Poskładane jedno na drugim. Cały stół zajmują książki z biblioteki i krzyżówki. Pani Krysia uwielbia czytać. Pokazuje nam dyplomy czytelnika. Ma ich trzy. Wyciąga je z szafy, a spomiędzy nich wypada zdjęcie nieżyjącej już córki. Utopiła się. To było tak dawno. Ale żal i smutek ciągle są. To była jedyna, ukochana córeczka. Zmarła kilka lat po śmierci jej męża. Tragedia jedna po drugiej.

Pani Krysia kocha młodzież, a młodzież kocha panią Krysię. Odwiedzają ją, robią zakupy, pomagają rozmawiają. Właśnie – rozmowa. To coś, bez czego pani Krysia nie wyobraża sobie życia. Kiedyś, rozmowy z innymi pomagały jej uporać się po śmierci męża i córki. Teraz, rozmowy pomagają jej po prostu żyć. Mówi, że z ludźmi trzeba rozmawiać. Kiedyś pisała listy. Mnóstwo listów i kartek z życzeniami. Żałuje, że te tradycje zanikają, bo listy miały swój niepowtarzalny klimat. Jej największe marzenie? Jak każdej osoby w podeszłym wieku – godne życie w starości i dach nad głową. Nie potrzebuje niczego więcej, ale jak by się dało, to chciałaby jeszcze tylko opatrunki. Mnóstwo opatrunków na nogi. Kosztują sporo, a ona musi je zmieniać dzień w dzień. Zapisuję te opatrunki w arkuszu i od siebie dodaję jeszcze środki do dezynfekcji. Przydadzą się na pewno. O upominek nawet nie muszę pytać, bo czuję że chciałaby książki. I rzeczywiście. Książki. Głównie romanse. Ma swoich ulubionych autorów. Mówi, że woli czytać książki, niż oglądać wiadomości w telewizji bo wie, że te złe rzeczy z książek to jedynie fikcja, a w telewizji mówią o prawdziwych tragediach. Boi się, że coś podobnego może wydarzyć się gdzieś niedaleko niej.

Pani Krysia jest tak bardzo radosna, mimo takich wielkich tragedii, które ją spotkały. Ciągle się śmieje, żartuje, opowiada anegdoty ze swojego życia. Mówi, że kocha czekoladę, ale za bardzo nie może, bo ma problemy z wysokim poziomem cukru. Obiecuję jej, że dostanie słodycze dla cukrzyków. Podobno są takie. Jest prze szczęśliwa. Rozmawiamy z nią już dwie godziny, a ja czuję, że ona ma do powiedzenia o wiele więcej. Że to, z czym się z nami podzieliła, to tylko jakaś maleńka część jej fascynujących opowieści. Pyta skąd jestem. Odpowiadam, a ona od razu zaczyna opowiadać historię związaną z Przemyślem. Następnie o to samo pyta moją koleżankę. Odpowiada, a pani Krysia zaczyna snuć wspomnienia związane z łańcuckim zamkiem. Mam wrażenie, że chce nam powiedzieć coś jeszcze. Nie mylę się. Opowiada o II wojnie. O żydach ukrywających się niedaleko jej domu w ziemiance. O tym, jak na własne oczy widziała Niemców wyciągających ich z tego ukrycia. O bombie, która wybuchła na działce obok.

Jest taką kochaną kobietą. Mam ochotę ją przytulić i podziękować. Żegnamy się i wychodzimy. Stoi w drzwiach i odprowadza nas wzrokiem. Kolejna lekcja pokory za mną.

 

Każda z rodzin, którą odwiedziłam jest podobna. Żadna z nich nie wymienia jakichś niestworzonych rzeczy, które koniecznie musi mieć. Jeden pan stwierdza, że są ludzie w o wiele bardziej beznadziejnej sytuacji i to im należy się tam pomoc. On da sobie radę. Mówię, że pomoc znajdzie się dla każdego. Jednak najbardziej w pamięci utkwiła mi pani Maria. Może dlatego, że była pierwszą osobą, którą odwiedziłam jako wolontariuszka Szlachetnej Paczki. Po wizycie u niej upewniłam się, że Szlachetna Paczka ma sens. Wywołaliśmy na jej twarzy uśmiech. Samym przybyciem tam i możliwością porozmawiania z nami. A to już wiele. Długi czas po tych odwiedzinach miałam ją jeszcze w głowie. Ją i jej historię. Cały czas zastanawiałam się, jak jeszcze mogę jej pomóc. Jak mogę pomóc wszystkim tym ludziom. Wiem, nie dam rady pomóc wszystkim na świecie. To jest niemożliwe. Ale jeśli mogę choć odrobinkę przyczynić się do tego, aby pomóc chociaż paru osobom, to będę bardzo szczęśliwa.

Słyszałam od wolontariuszy z trochę dłuższym stażem, że odwiedziny u rodzin to wielkie przeżycia. Ogromne emocje i że czasem najwięksi twardziele po prostu nie wytrzymują. A finał Szlachetnej Paczki, czyli dni przed Bożym Narodzeniem, kiedy te paczki im dostarczamy, to coś niezwykłego.

I wiecie co? Nigdy nie powiem, że ci ludzie są biedni. Może nie mają pieniędzy. Może nie mają łazienki ani bieżącej wody. Ale biedni na pewno nie są. Mają bogate wnętrza. Mają tak piękne wnętrza, przy wszystkich tych tragediach, które ich dotykają, że trudno to sobie wyobrazić. A to, co w środku, jest przecież najważniejsze. Bogactwo duszy.

Na szkoleniu dla wolontariuszy, jeden z nich, który w Paczce działa już od dłuższego czasu opowiadał o swoich przeżyciach w trakcie finału. Że ci ludzie cieszą się z każdej drobnej rzeczy, którą dostaną. Są łzy szczęścia, że udało się znaleźć darczyńców i są łzy smutku, że takich rodzin w biedzie jest bardzo wiele. Ale jest też nadzieja i może trochę ulga, że teraz, dzięki Paczce, rodzinie będzie żyło się odrobinę lepiej. To wszystko jest bardzo niesprawiedliwe. Bo jeśli małe dziecko, cieszy się ze zwykłej szczoteczki do zębów, jak z największego skarbu, to z tym światem jest chyba coś nie tak.

 

Takie właśnie jest życie – nie można niczego zaplanować. Często dzieją się rzeczy, na które kompletnie nie mamy wpływu, zarówno te dobre jak i te złe. Sami codziennie goniąc za lepszym życiem zapominamy o tym, że z każdym problemem damy sobie koniec końców radę. Trzeba w tym wszystkim pamiętać, że najpiękniejsze chwile w naszym życiu nie mają nic wspólnego z pieniędzmi.

 

Autor: Marzena Piejko

Studentka I roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Redaktorka w Feniks.fm. Kocha życie i czerpie z niego pełnymi garściami. Czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce - od Stephena Kinga począwszy, poprzez Ryszarda Kapuścińskiego, a na etykietach produktów żywnościowych skończywszy 🙂 Muzyka to coś, bez czego nie wyobraża sobie relaksu w zaciszu swojego pokoju albo na spacerach. Lubi potańczyć przed lustrem i dobrze zjeść 🙂

Dodaj komentarz