Subiektywna pogadanka o tym, dlaczego warto skończyć studia i dlaczego nie warto studiować

Pamiętam jak dzisiaj jesień roku 2013. Wtedy po raz pierwszy przekroczyłem uczelniane mury uniwersytetu, z oficjalnie nadanym statusem studenta. Zasadniczo nie wiedziałem, czego się spodziewać i czego oczekiwać, choć jasnym dla mnie było, że właśnie zaczynam nowy etap. Nie tylko ze względu na studia – pierwszy raz znalazłem się kilkaset kilometrów od domu, skazany na siebie, swoją zaradność i różne umiejętności, które zdążyłem do tego czasu nabyć.

Nazywamy ten czas dorosłym życiem. To znaczy quasi dorosłym, zawieszonym między pełną niezależnością, a pewnymi przywilejami wynikającymi z bycia uczniem szkoły wyższej.

Postanowiłem studiować języki, w ramach nauki czegoś praktycznego, co mogłoby mi się opłacić w po latach. Myślałem wtedy, że jestem bardziej zaradny, w końcu nie poszedłem na studia wg schematu „na cokolwiek i byle dalej od rodziców”. Wybrałem swój kierunek z pełną świadomością. Dziś mogę z czystym sumieniem napisać – nie robiło to jakiejś większej różnicy, 19 latek nie ma pojęcia, jak wyglądają studia. Oczekiwania i rzeczywistość to dwie różne planety, a w czasie edukacji zdarza się tyle wypadkowych, że nasze życie w 90% i tak toczy się zupełnie inaczej od tego, jak je sobie wyobrażaliśmy.

Pamiętam pierwszą pracę związaną z moimi nowo nabytymi umiejętnościami. Byłem gdzieś pod koniec drugiego roku, a praca była na pełny etat. Po tygodniu nauczyłem się więcej, niż przez 2 lata na studiach. Więcej, liznąłem także trochę rachunkowości i logistyki, kierunków zupełnie dla mnie abstrakcyjnych, których podstawy zwyczajnie musiałem opanować.

Pamiętam drugą pracę związaną z moimi nowo nabytymi umiejętnościami. W ciągu miesiąca nauczyłem się prawie drugie tyle pożytecznych zwrotów w obcym języku, jakie potrafiłem dotychczas. Zmuszony do ciągłego gadania, wyrobiłem sobie pewne schematy i sposób prowadzenia rozmowy w 2 tygodnie, czego nie potrafiłem przez niemal całe studia.

Pamiętam też trzecią i czwartą pracę związaną z moimi nowo nabytymi umiejętnościami. Schemat jest taki sam.

Pojawia się więc w sposób naturalny pytanie, czy warto w ogóle studiować, skoro idąc do pracy, jesteśmy zmuszeni w krótkim czasie opanować na tyle dużo wiedzy, że w zasadzie podwajamy nasze zdolności? Odpowiedź jest bardzo prosta: nie wiem.

Kiedy ja szedłem się kształcić, część moich znajomych poszła do pracy. Jeżdżą teraz 5 letnimi samochodami, a wieczorem grają na konsolach na telewizorach plazmowych. Ja na swoje wymarzone auto zarobiłem dopiero w roku 2017, a zamiast plazmy mam ładny tablet. I 6-letni laptop.

Pal sześć, kiedy idziesz studiować robotykę czy medycynę. Jeśli jesteś sumienny, dobrą pracę masz zapewnioną. Problem zaczyna się, kiedy idziesz studiować nauki humanistyczne. Siedzisz na uczelni od 3 do 5 lat i poza dyplomem niewiele z tego masz. Jeśli nie pracowałeś w tym czasie, jeśli nie zrobiłeś sam czegoś w kierunku swojej przyszłości, to po studiach czeka cię przykre zderzenie z rzeczywistością. Bo na rynku przebywają też osoby, które będą w tym samym wieku, ale zamiast 5 lat studiów, mogą zaoferować 5 lat konkretnej pracy, popartej wynikami, zebranym doświadczeniem i umiejętnościami. Nie muszę dodawać kogo wybierze pracodawca?

No dobrze, czy więc robienie studiów „dla papieru” ma jakiś sens? Moim zdaniem, wbrew temu co piszę wyżej, ma.

I nie chodzi mi o moje wybujałe ego, które mogę na chwilę zaspokoić, wieszając sobie dyplom ukończenia studiów wyższych, który w formalnym znaczeniu oddziela mnie od hordy ludzi prostych, którzy ledwo zdali maturę.

Chodzi o to, że dzięki dyplomowi można przebić pewien szklany sufit, nad którym roztacza się naprawdę dobry zarobek i atrakcyjne oferty. Pieniądze pieniędzmi, ale miło jest, mając lat 40 wiedzieć, że robi się coś, co daje nam nie tylko fajną gotówkę, ale także jest pożyteczne dla innych, że mamy „pod sobą” kogoś młodszego, który marzy o tym, żeby w przyszłości być na naszym miejscu.

Bo jakoś tak wyszło, że najciekawsze oferty zaczynają listę wymagań od „wyższe wykształcenie”.

Bo nawet kończąc socjologię czy inną europeistykę, jesteśmy postrzegani jako ludzie wykształceni, bardziej odpowiedzialni i konkretni, którzy uparli się, by „coś” jednak skończyć, coś jednak osiągnąć.

Studiujcie. Studiujcie, bo mając bliżej do trzydziestki, niż dwudziestki, już się wam nie będzie chciało. Bo będziecie mieli rodziny, wymagającą pracę, bo będziecie mieli 100 ważnych rzeczy na głowie i na studia nie będzie czasu. Bo teraz, mając lat 20, nie macie wielkich zobowiązań. Bo jeśli teraz nie zrobicie przynajmniej licencjatu, to potem 99% z was nie zrobi go na pewno.

I żebyście mieli, jak ja, zrobić „papier” i pracować za granicą na magazynie, to zawsze będziecie mieć z tyłu głowy myśl, że przyszłość może być inna. Że macie podstawę do ubiegania się o pracę, gdzie zamiast starej, brudnej koszuli, której „nie szkoda”, będzie się od was domagano garnituru i półbutów.

Autor: Bartłomiej Rygiel

Lingwista, amator podróży niedalekich i tych trochę dalszych. Jestem cynikiem i patrzę na świat raczej z większym niż mniejszym dystansem. Obecnie mieszkam poza granicami kraju, co pozwala mi krytycznie ocenić wszystko i wszystkich - czyli robić to, co lubię najbardziej.

Dodaj komentarz