Mury nasiąknięte łzami

Szpital, ileż w tym słowie jest cierpienia, wylanych łez. Ile niepewności, obaw, a przede wszystkim strachu. Miejsce, w którym bardzo trudno jest zobaczyć uśmiech, a gdy już się go widzi, to pojawia się zdziwienie i rozmyślanie nad tym, czy w zasadzie powinien się on pojawić w takich okolicznościach.

Duży budynek z mnóstwem okien, który już z daleka wygląda mało przyjaźnie. Znajduje się w nim wiele korytarzy, wind i setki schodów. Poczekalnie, oddziały, sale, sprzęt medyczny, laboratoria i na tle ogromu tego gmachu, mały, schorowany pacjent. W szpitalu człowiek nagle się kurczy, a już w momencie przekraczania murów tego miejsca zdobywa nowego towarzysza, którym jest strach. Od razu staje się przyjacielem, ponieważ zdecydowanie będzie on spędzał z człowiekiem wiele czasu, o ile nie zawładnie nim całym.

Szpital to takie miejsce, gdzie serce zaczyna mocno i nerwowo bić, a w głowie pojawiają się przeróżne myśli, to miejsce, w którym, jeśli wsłucha się głuchą ciszę, usłyszy się tysiące modlitw. Mówią, że nadzieja matką głupich, a tu już nie ma innego wyjścia, należy być głupim i wierzyć. Pełne poczekalnie ludzi w różnym wieku, niestety często też dzieci. Patrzy się na nich ze świadomością, że każdy jest po przejściach. Spuszczone głowy, zaduma, być może plama na płucach, guzek, a może już guz, znamiona, ból. Badania, prześwietlenia i czekanie na wynik tak jak na wyrok. To wszystko sprawia, że już na starcie przegrywa się ze strachem.

Ludzie, którzy nie wiedzą, czego się spodziewać, zastanawiający się ile jeszcze zostało czasu. Jak zabrzmi werdykt? Dwa lata? Rok? A może już tylko miesiąc? Złośliwy? Niezłośliwy? Przerzut? Może nawrót?  Pytania stające się codziennością, dręczące każdej nocy i nie dające spokoju, a nieraz to odpowiedzi są gorsze. Odliczanie do chemii, z początku do pierwszej, potem do kolejnych. Bezradność w obliczu potęgi choroby, związane ręce i wiara w tego człowieka w białym fartuchu.

Szpital, który z początku jest miejscem badań, a nieraz niestety tak szybko staje się domem. Ma się swoją salę, łóżko, a nawet koleżeńską relację z personelem. Zna się szpitalne drogi, windy, wie się dokąd prowadzą niejedne drzwi. Ale ma się też to jedno okno, w które niejednokrotnie wpatruje się cały dzień, zastanawiając się co przyniesie jutro. Cała doba w czterech ścianach, sam na sam ze świadomością choroby.

Zdecydowanie zbyt częstym gościem w szpitalu jest śmierć. Panoszy się, klepiąc wielu pacjentów po ramieniu. Śmieje się im prosto w oczy, wręcz bezczelnie pokazując jaką ma władzę. Każdy żyje aż do śmierci, ale nikt nie wie kiedy ona się po kogoś upomni. Chory mija się z nią na korytarzu, nie wiedząc, czy właśnie nie zmierza po niego. Leżąc na sali, nie wie kto przyjdzie pierwszy – lekarz czy właśnie śmierć. Jest nieprzewidywalna, potrafi zaskakiwać, a przede wszystkim współpracuje z chorobą. Lubi przyjść znienacka, zaskoczyć. Czemu? Bo lubi łzy, a po człowieku, który nie spodziewał się końca zostaje morze łez.

Mieć nadzieję? Nie mieć? Jak się nastawić, by się nie rozczarować? Jak poukładać sobie to wszystko w głowie? Ciemna poczekalnia niczym tunel, w którym ciężko jest dostrzec choćby małe światełko dające otuchę. Głowa, w której biją się myśli, te mówiące – „Wszystko będzie dobrze”, z tymi wołającymi – „Przygotuj się na najgorsze”. Mętlik, strach, ciemność przed oczami i nogi jak z waty…

A dzieci? Te małe istoty, które tak niewiele rozumieją. Nie wiedzą dlaczego mieszkają w szpitalu, dlaczego mają robione mnóstwo badań, dlaczego mają łyse głowy… Nie są świadome z czym walczą i że w ogóle walczą. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak wyniszczony jest ich organizm i nie wiedzą, ile siły trzeba włożyć w to, by obudziły się następnego ranka. Taki mały człowieczek, który ma przed sobą całe życie, który tak naprawdę dopiero co wstąpił w ten świat, a już na dzień dobry los każe mu rozegrać bitwę, od której wszystko będzie zależało. Słabe, bezradne dziecko, bombardowane przez chorobę bólem, cierpieniem i strachem, ciągle doprowadzane do płaczu.

Szpital. Czy to miejsce się kiedyś zmieni? Czy te mury nasiąknięte łzami, które były świadkami tylu tragedii, dadzą kiedyś otuchy?