W poszukiwaniu „świętego” spokoju

W odległości około stu kilometrów od Rzeszowa, w drodze do Bieszczadów, znajduje się miejsce niezwykłe. Niezwykłe, dlatego że wydaje się zupełnie oderwane od rzeczywistości. W owym miejscu nie znajdziemy zasięgu, nie skorzystamy z elektryczności, by podładować telefon. Nie podgrzejemy w mikrofalówce pomidorowej z piątku. Nie będzie nam dane nawet wymyć się pod bieżącą, ciepłą wodą.

Tym miejscem jest chata, a raczej dawna Studencka Baza Namiotowa, która znajduje się we wsi Jawornik (3 km od Komańczy). Baza pozbawiona wszelkich dóbr XXI wieku, zachwyca zarówno swoją oryginalnością, pomysłowością, jak i poczuciem obcowania z czymś z jednej strony nam bliskim, z drugiej zaś całkowicie zapomnianym. Mała, nieocieplona, drewniana chatka, daje schronienie tym, którzy zdecydowali się na odpoczynek na pustkowiu w kompletnej ciszy. W jej wnętrzu można znaleźć miejsce na palenisko, by w nocy ogrzać się i nie zamarznąć w śpiworze.

Na przestrzeni lat domek miał wielu gości, czego dowodem są pozostawione przez nich karimaty, garnki, sztućce, a nawet przyprawy. Dla dociekliwych, sprawdzających każdy zakamarek tego miejsca, założyciele bazy pozostawili księgę wpisów przybyłych turystów. Wieczorem, w blasku księżyca i tlącego się ognia ciekawym doświadczeniem jest czytanie notatek ludzi z całego świata.

Spacer dookoła terenu okalającego domek odsłania jego kolejne tajemnice. Otóż kilka metrów przed chatą znajduje się huśtawka stworzona z kawałka sznurka przewieszonego przez gałąź pobliskiego drzewa. Za chatą natomiast nieznajomi przybysze zbudowali prysznic. Są to zbitki drewna, ułożone poziomo na trawie, w odległości około dwóch centymetrów od siebie, by woda bez przeszkód wsiąkała w ziemię. Dla wprowadzenia uczucia intymności twórcy sięgnęli do dalekich zakamarków swojej kreatywności, bowiem w skonstruowanym przez nich prysznicu pojawiła się nawet zasłona. Tworzą ją grube warstwy pościeli z wizerunkiem sławnego zespołu muzycznego One Direction.

Wodę czerpać można z pobliskiego potoczka. Aby z łatwością pobierać ją do codziennych czynności, goście z bazy zbudowali kran, posługując się plastikową rurką, a także drewnem. Dzięki temu woda wpływa bezpośrednio do naczynia, bez potrzeby zanurzania go w całości w potoku pełnym żywych stworzeń, liści i niekiedy mułu.

Oddalając się nieco bardziej w górę chaty, napotkać można inną, odrobinę mniejszą wersję domku, nazwaną przez nieznajomego lub nieznajomą „Piwnicą Jarka”. Jest to dobra opcja dla tych, którzy przybywają tutaj w okresie letnich upałów. Zbudowano ją z kamieni i gliny, dzięki czemu nie przepuszcza światła dziennego, a więc panuje tam uczucie nieustającego chłodu. Idąc nieco dalej, zagłębiając się w wysokich, z pewnością od kilku lat niekoszonych trawach, zauważyć można małą drewnianą budkę o na pewno znajomych wszystkim kształtach. Nie jest podpisana, ale to nie problem, bowiem z odległości kilku metrów zapach nam podpowiada, że to tutejsza toaleta.

Jak na miejsce zupełnie odosobnione, wyzbyte z wszelkich technologicznych udogodnień, chata w Jaworniku każdego roku tętni życiem. Wszystko za sprawą przyciągającej zieleni, która nie tylko sprawia, że jesteśmy spokojni, ale nagle przepełnia nas uczuciem szczęścia i radości. Zaczynamy dostrzegać wartości, nad którymi nie było nam dane nawet się zastanowić. W jednej chwili doceniamy to, że jest nam ciepło, że z suchego ryżu i fasolki w puszce potrafimy ugotować na ognisku tak przepyszną kolację, jakiej nie zasmakowalibyśmy nawet w czterogwiazdkowej restauracji. Dostrzegamy możliwość poznania różnych osób, nawet z drugiego końca Polski i zauważamy, że rozmawiamy z nimi, jakbyśmy się znali całe życie. Gramy na gitarze, śpiewamy piosenki i nie martwimy się, że po 22:00 godzinie odwiedzą nas policjanci, wręczając nam mandat za zakłócanie ciszy nocnej.

Kiedy normalnie wstawanie o ósmej rano sprawia nam trudność, tutaj budzimy się wraz ze wschodem słońca. Jego promienie dotykają naszego policzka, kolorując na nim kolejne przygody, które czekają na nas w tym niezwykłym miejscu wraz z nastaniem nowego dnia.