Solina, ach Solina…

Ok, przyznaję się bez bicia. Mimo że od Soliny mieszkam nie tak całkiem daleko, to jakoś do tej pory ciągle było mi nie po drodze, aby tam zajrzeć. Zawsze znalazło się coś lepszego do zobaczenia i zwiedzenia. Tym bardziej że wolę aktywny wypoczynek od byczenia się na plaży wśród krzyczących dzieci, mamusiek latających za nimi z ręcznikami i tatusiów z goframi w jednej ręce i piwem w drugiej. Ale w tym roku, po sesji, przyszedł czas na nadrobienie zaległości w tymże temacie. Co głównie zaobserwowałam? Że alejki z pamiątkami są chyba o wiele dłuższe niż cała zapora. A parkingów jest stanowczo za mało…

Jeszcze przed wyjazdem naiwnie myślałam, że tłumy, owszem, będą, ale tak bardziej po południu, gdy całe towarzystwo zwlecze się z łóżek i wylezie z drewnianych wynajmowanych chatek na świeże bieszczadzkie powietrze. A gdzie tam! Już ok. 10.00, gdy dotarliśmy na miejsce, wczasowiczów było jak mrówek i jeszcze więcej, a na parkingach, które co prawda znajdowały się co kilkaset metrów, brakowało nawet jednego wolnego miejsca. Parkingowi w żółtych kamizelkach, ze spalonymi od słońca twarzami i znudzonymi minami bezradnie wzruszali ramionami, widząc auta włączające kierunkowskazy w celu skręcenia na ich parkingi. Nie wiem, jakim cudem, ale udało nam się zaparkować na postoju najbliżej zapory. Przypuszczam, że dlatego, iż większość kierowców pozostawiła samochody gdzie indziej, sądząc, że tak blisko wspomnianego wcześniej obiektu i tak miejsca nie znajdą. I chwała im za to!

Parking płatny 4 złote za godzinę, więc pasowałoby się streszczać. A tu jak na złość trzeba podjąć ważną życiową decyzję, czy brać okrycie wierzchnie, czy jednak zostawić je w aucie? Czy będzie padało, jak to wynika z napływających, ciemnych chmur, czy się wypogodzi? Bo jeśli wyjdzie słońce, to okrycie wierzchnie będę musiała taszczyć w ręce, bo w plecaku już brakuje miejsca. Za dużo jedzenia jednym słowem. Ale ok, biorę. Przezorny zawsze ubezpieczony, jak to mówią.

Wychodzimy z parkingu. Przejście na drugą stronę wąskiej, wijącej się w górę ulicy stanowi nie lada wyzwanie, bo sznur samochodów próbujących znaleźć jakąś miejscówkę jest tak długi, że zaczynam się zastanawiać, czy kładka nad jezdnią nie ułatwiłaby sprawy. W końcu docieramy do alejki, która prowadzi na zaporę solińską. A alejka jak Krupówki. Po dwóch stronach budki z pamiątkami, jedzeniem, lodami i piciem, a pośrodku sunący powoli turyści. Starsze panie zastanawiające się, który miód regionalny będzie lepszy na korzonki. Młodsze panie oglądające torebki ze skóry naturalnej. Młodzież zainteresowana głównie kubkami, poduszkami lub (uwaga!) ciupagami z wypisanymi imionami. Małe dzieci płaczące za lodami i rodzice próbujący odwrócić ich uwagę. Widać jeszcze panów, którzy z ironicznymi uśmieszkami oglądają drewniane serduszka z napisem Dla kochanej teściowej. Aha, no i jest nieliczna grupa zagranicznych turystów, skupiająca się bardziej na kupnie przewodników, mapek i pocztówek niż pluszowych baranów z wyhaftowanymi pozdrowieniami znad Soliny. Taki jeden wielki miszmasz. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że te pamiątki pochodzą tak naprawdę z różnych regionów Polski. Bo można tam zakupić góralskie oscypki i ciupagi. Bursztyny prosto znad morza. A w dodatku zjeść świeżą rybkę prosto z Bałtyku. Są też spódniczki z wzorami kaszubskimi, a nawet koszulki z wizerunkami zagranicznych piłkarzy. Przyznam szczerze, że te kolorowe pierdółki naprawdę mogą człowiekowi zawrócić w głowie. Ok, sama nie wyszłam stamtąd z pustymi rękami i nadal pełnym portfelem, ale kupiłam naprawdę pożyteczną rzecz. No bo przecież ten plecak, który miałam, serio był za mały. A ten granatowy, marynarski, w białe kotwice „patrzył” na mnie już od samego początku. Nie mogłam go tak zostawić. Zresztą – pamiątkę z Soliny wypada przecież mieć.

Wychodzimy w końcu z tego tunelu pełnego spoconych ludzi na świeższe, ale też i upalne powietrze. Przed nami wspomniana wcześniej zapora. Jeden z punktów docelowych wycieczki. Wchodzimy na nią i naszym oczom ukazuje się piękne, wielkie, w miarę czyste Jezioro Solińskie. Po nim pływają stateczki, kajaki, rowerki wodne i łódki. A wokół wody bieszczadzkie wzgórza. Nic, tylko strzelać selfie. I zdjęcia przepięknym krajobrazom. Słońce razi okropnie, więc te fotki to tak trochę „na czuja”. Ale w domu się przeglądnie i wybierze najlepsze na Fejsa. No i relacje na Instagram trzeba przecież zrobić.

Idziemy po tej zaporze, co chwilę wyglądając za barierkę i obserwując pływające w jeziorze rybki. Chyba karpie czy coś w tym stylu. Przechodzimy obok dwóch pań w średnim wieku. Na głowach kapelusze z wielkim, przymocowanym tuż nad czołem kwiatem, w żółto-różowych kostiumach kąpielowych, w japonkach, oczywiście ze smartfonami w ręce. Jedna z nich ustawia się przy wspomnianej wcześniej barierce, śmiało wyginając opalone ciało i wydając polecenia drugiej: Kaziu, zrób mi proszę zdjęcie. O, tutaj. Tak, dotąd. Tylko pomiń stopy, bo mi halluksy okropnie widać na zdjęciach. I żeby było widać wodę i góry. Taa, i najlepiej jeszcze rybki w tej wodzie.

Docieramy nareszcie do końca zapory, już z milionem fotografii w telefonie. A tam olbrzymi plac z wesołym miasteczkiem. Jeszcze więcej budek z lodami, goframi, piwem, pamiątkami. No i jest plaża. Są miejsca do wypożyczania sprzętu wodnego. Są kasy do opłat za rejsy tymi łódkami, rowerkami itp. Są też długie kolejki do tych kas. Głupio tak być nad Soliną i nie popływać statkiem, więc podejmujemy decyzję – płyniemy. Na stateczku tłum ludzi, z których każdy chce siedzieć jak najbliżej burty, dlatego też na początku wszyscy się tam pchają. Ale gdy dociera do nich, że nic nie wskórają, wracają posłusznie do środka statku i zajmują miejsca przy okienkach. Z głośników wita nas głos przewodnika, który przez cały godzinny rejs, z przerwami jedynie na marynarskie piosenki, opowiada o Solinie. Opływamy jezioro i dobijamy do brzegu. Jedni wychodzą zadowoleni z uśmiechami na twarzy, inni bladzi i chwiejący się na nogach. Cóż, chyba w budkach z pamiątkami trudno o aviomarin.

Jeśli jesteśmy już nad Soliną, to trzeba także obowiązkowo, choć przez chwilę, pobyczyć się na plaży. Jedziemy więc do Polańczyka, bo to właśnie tam znajduje się słynne kąpielisko z plażą. Właściwie w trakcie rejsu statkiem przepływaliśmy obok niej, ale nikt nie pomyślał wtedy, że w sumie można by wyskoczyć i dopłynąć tam kraulem. No ale ok, trudno. Dotarliśmy tam autem. I nie zaskoczyło nas już nawet to, że miejsca na parkingu znowu brak. Trzeba było zaparkować dwa kilometry od plaży i zaliczyć mały spacerek dla zdrowotności. W końcu doszliśmy do celu, rozbiliśmy się na piasku i zjedliśmy przywieziony z domu prowiant. Kąpieli nie zaliczyłam, ale jakoś nie żałuję. Za to poobserwowałam sobie ludzi wychodzących z wody. Właściwie liczyłam na jakieś „ciacha”, modeli z wyrzeźbionymi klatami albo chociaż takich bez brzuszka. Niestety, widocznie nad Solinę tacy nie jeżdżą. W zasadzie po godzinie wróciliśmy do auta.

W ten sposób w końcu zobaczyłam Jezioro Solińskie i nie jestem już chyba jedynym człowiekiem na Podkarpaciu, który tam nigdy nie był. Czy polecam? Tym, którzy lubią bierną formę wypoczynku, czyli plaża, jeziorko i tłumy krzyczących dzieciaków – tak. A chcącym spędzić czas bardziej aktywnie również polecam Bieszczady, ale w trochę innej formie, mianowicie wyjścia na górskie szlaki, skąd selfie będą zdecydowanie piękniejsze!

Autor: Marzena Piejko

Studentka I roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Redaktorka w Feniks.fm. Kocha życie i czerpie z niego pełnymi garściami. Czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce - od Stephena Kinga począwszy, poprzez Ryszarda Kapuścińskiego, a na etykietach produktów żywnościowych skończywszy 🙂 Muzyka to coś, bez czego nie wyobraża sobie relaksu w zaciszu swojego pokoju albo na spacerach. Lubi potańczyć przed lustrem i dobrze zjeść 🙂

Dodaj komentarz